poniedziałek, 9 grudnia 2013

Rozdział 5

Julie Osbourne

„Byłam Polką i Kanadyjką. Jednak moje pochodzenie na tym się nie kończy.”

Telefon Justina przez cały dzień brzęczał, wydawał głośne odgłosy. Był to Antonio. Jego głos podczas rozmowy był ni surowy, ni zawiedziony. Chłopak wydawał się jednak niczym tak naprawdę nie zainteresowany, a już na pewno kontraktem, który od siedmiu miesięcy był głównym tematem rozmów.
Następnego dnia, słońce już od czwartej rano ogrzewało Los Angeles. Zieleń na dworze była piękna, wiał przyjemny, letni wiatr, a sama pogoda była bajecznie piękna.
Oboje wstali bardzo wcześnie. Oczywiście Maggie przygotowała śniadanie i jako pierwsza opuściła dom. Musiała odebrać rzeczy, które były jeszcze w Astonie. Pojechała do mechanika ślubnym prezentem. Nie wiedziała co się dzieje, sama nadal nie mogła otrząsnąć się po wczorajszej nocy. Po tym co mówiła Selena. Jak ją nazwała. Maggie tego nienawidziła. Dziwne jednak dla niej było to, iż Selena użyła tego, a nawet o tym nie wiedziała. Pamiętnymi czasy mówili na nią w szkole Margarita, czego bardzo tego nie lubiła. Słysząc to po tak długim czasie, miała szczególną ochotę ją rozszarpać.
Drugie głębokie zamyślenie, było to, kim byli ci ludzie, którzy ją ścigali. James miał kieszenie pełne złota i pieniędzy, więc nie zdziwiłaby się, jeżeli by zapłacił im grubą gotówką. Gdyby nadal miała szesnaście lat, nie pomyślałaby nawet, że jej ojciec ma broń. Nigdy. A teraz? Teraz to walczy o życie własnej córki.

Justin zaraz po Maggie wyjechał z willi w te pędy, by zdążyć na spotkanie. Nie był zadowolony. Z chęcią pojechałby wraz z żoną po Bellę, lecz obowiązki wszystko psuły. Nie miał najmniejszej ochoty tam jechać. Kontrakt, który mu proponowali był gruby i trochę ważył. Dużo papierkowej roboty, którą nieczęsto wykonywał. Niemal rzadko od czasu kiedy koncertuje. To się kończy. Idola nastolatek już nie będzie.
– Justin, jak dobrze Cię widzieć! – przed nim pojawił się Usher. Uśmiechnęli się do siebie z aprobatą, ale czarnoskóry przyjaciel ujrzał w jego oczach zniesmaczenie i nieochotę.
– Naprawdę nie chcę tu być – burknął pod nosem, przeczesując ręką włosy. Dwa guziki od bladoniebieskiej koszuli były odpięte, a mięśnie przebijały się przez nią. Wyglądał bardzo schludnie i pociągająco. Jego włosy były starannie ulizane, przez co wyglądał jak biznesmen.
– Wiem, te gromadzki też mnie wkurzają. Idź, Antonio i Scooter czekają na ciebie. – Usher wskazał kciukiem za siebie na szklane drzwi, a Justin pokiwał niechętnie głową. Kiedy go minął, serce mu przyśpieszyło, iż nie wiedział co się stanie. Był świadomy tego, że jeżeli się nie zgodzi, wypowiedzą Scooterowi umowę, która zakończy jego żywot w wytwórni.
Gdy tylko pożegnał się ze starym przyjacielem, przez chwilę zastanawiał się, czy naprawdę nie podpisać, by kontraktu na kolejne cztery lata. Jednak był świadomy tego, że będzie niosło to ze sobą konsekwencje. Są i plusy, i minusy. Najlepszy i największy plus, że będzie mógł zapewnić rodzinie bezpieczeństwo i wygodę na przyszłość, lecz minus był bardzo dołujący; będzie mniej spędzał czasu z najbliższymi. To go rujnowało. Nie było go w domu siedem miesięcy i znów będzie podpisywał kawałek papieru, być może i krwią, iż zamęczyłby się pewnie na śmierć.
Wszedł do gabinetu Antonia, widząc go razem ze Scooterem. Scooter siedział obok z drinkiem w ręku. Antonio za biurkiem, a Ryan Good w kącie i wpatrywał się w Bieber’a. Wymienili się krótkimi spojrzeniami, po czym od razu Antonio wysunął popielatą szufladę, gdzie leżały dokumenty. Między innymi był to kontrakt. Justin tak naprawdę dogłębnie jeszcze się zastanawiał. Maggie o niczym nie wiedziała, przez co zapewne będzie zła.
– Usiądź – zadeklarował cicho i beznamiętnym głosem Scooter, który denerwował się chyba bardziej niż Justin. Antonio uśmiechnął się delikatnie w stronę chłopaka, lecz wiedział, że on nie chce tu być. Nikt nie chciał.
– Jak już wiesz, Justin, mam dla Ciebie...
Przerwał mu Bieber.
– Coś, czego nie podpiszę – uniósł pewnie brew, z nadzieją, że uda mu się przebrnąć przez stalowe i wysokie bramy, prowadzące do wolności. Ta wolność to wyjście z pomieszczenia i wrócić do żony.
Scooter popatrzył na niego wzrokiem surowego ojca, jakby chciał go skarcić za złe zachowanie. Justin się tym nie przejmował, ale miał żal do niego.
– Na początek – odchrząknął – dam Ci to tylko po to, abyś przeczytał, a potem się zastanowił.
– A potem podpisać to krwią, byście mieli mnie za maszynę do zarabiania pieniędzy i udawaniem kogoś kim nie jestem? Po trasie Believe Tour tyle złego się wydarzyło, a wy palcem nie tkniecie! Omal nie straciłem żony, a po powrocie do domu zastaję dom pełen niepokoju. Wiesz, Antonio, myślę, że bardziej nadawałbyś się na hienę. Wiesz czemu? Hieny lubią zabijać dla przyjemności.
Usłyszeli cichy chichot Ryana, który patrzył się w zwierzęcą wykładzinę. Justin był dumny z siebie, że pokazał jak bardzo mu zależy na rodzinie, i że nie da sobą pomiatać. To wstrząsnęło zarówno Antonia, jak i Scootera, który najchętniej teraz trzepnąłby w łeb.
Czarnoskóry mężczyzna tylko patrzył w czekoladowe oczy szatyna, jednak nic na dłuższą metę nie powiedział. Wstał z czarnego, skórzanego fotela i ostrożnie podszedł do Good’a. Mamrotał mu coś do ucha, a potem Ryan stanowczo kiwnął głową i w mgnieniu oka, wyleciał z biura jak duch. Odwrócił się w stronę Scootera i Justina, dokładnie im się przyglądając. Justin zwęził oczy, a Scooter zacisnął zęby i pięść, odstawiając na skrawek biurka szklankę. Niespodziewanie Justin wstał, co jeszcze bardziej wywróciło z równowagi Scootera. Skierował się bez słowa do drzwi. Przejechał wzrokiem po rysach twarzy Antoniego i stanowczo podszedł do drzwi. Aż w końcu usłyszał głos L.A. Reida:
– Masz tydzień do namysłu. Liczę, że twoja postawa zmieni się do tego czasu i będziesz odczuwał poczucie winy, mój drogi.
Bieber zacisnął zęby i pięść. Scooter panicznie wstał i podszedł do niego. Czuł jak serce nieskazitelnie mocno mu biło, a w żyłach krew się zagęściła. Raptownie złapał go za ramię, Justin automatycznie odwrócił głowę, a wzrok wlepił w owłosione palce Scotta, które wbijały się w jego skórę. Wyrwał się, patrząc na niego gniewnie, a potem przeniósł wzrok na Antoniego. Wychodząc, trzasnął niemiłosiernie głośno drzwiami i nawet się za siebie nie obejrzał. Teraz najważniejsza była Maggie i Emily.
Powrót do domu zajął więcej czasu niż myślał. Układał w głowie słowa, które powie Maggie, gdy w końcu się spotkają. Miał też ogromną nadzieję ujrzeć Bellę całą i zdrową. Kiedy zaparkował w garażu, zauważył Astona wypolerowanego. Znaczyło to również, że Maggie jest w domu. Przełknął ślinę. Podszedł do samochodu i otworzył drzwi na miejsce kierowcy. Uśmiechnął się delikatnie, przypominając sobie moment, w którym jechali nim pierwszy raz. W Święta Bożego Narodzenia.

– Jak chcesz to się przejedź. Powiem Pattie.
Chcąc pójść ku drzwiom, Justin szybkim krokiem podszedł do niej i chwycił ją w talii jedną, zdrową ręką. Momentalnie ją odwrócił.
– Jedziesz ze mną – powiedział stanowczo.
Maggie wzięła głęboki wdech.
– Muszę? – jęknęła.
– Akurat się złożyło, że... tak, tak musisz – uśmiechnął się i pociągnął ją za rękę. – Będziesz moim pierwszym pasażerem w moim nowym aucie.
Dziewczyna zaśmiała się pod nosem i zajęła miejsce obok niego. W środku było bardzo przytulnie, a Justin szybko połapał się z licznikami, biegami i innymi gadżetami w luksusowym samochodzie. Jest to jego drugi, ale zapewne będzie miał dwa razy więcej. Pilotem otworzył garaż, po czym z niego wyjechał i ponownie zamknął. Przejechali przez nie duży kawał drogi od domów dziadków. Ryk, który wydobył samochód był bardzo głośny oraz kojący dla uszu Bieber’a. Zakochał się od pierwszego wejrzenia w tym cacuszku. Maggie zachichotała cicho, patrząc na jego podekscytowaną minę. Odchrząknął, kiedy stanął przy wejściu do jednego z parków. Było w nim wyjątkowo ciemno. Wysiadła z samochodu i rozejrzała się wokół siebie. Zmarszczyła brwi.
– Tutaj? – zapytała. Justin wzruszył ramionami i wyciągnął rękę. – Nietypowo trochę...
– Wierz mi, bardzo – chwycił jej rękę i postawił przed siebie. Wyciągnął z drugiej kieszeni popielatą, satynową chustę, którą zawiązał jej na oczy. Wzięła kilka głębokich oddechów.
– Jakoś ciężko mi uwierzyć, że bawię się w kolejne twoje gierki – westchnęła, zagryzając wargę. Justin popchnął ją lekko w przód, razem ze sobą, po czym chwycił ponownie jej dłoń i pociągnął do siebie.
– Jakoś ciężko mi uwierzyć, że po tym wszystkim utrzymujemy naszą tradycję dawania – mruknął do jej ucha. Jej nogi zadrżały i zaraz poczuła chłód, którego wcześniej nie poczuła. Jego oddech na jego policzku, sprawił, że to miejsce automatycznie zaczęło się czerwienić. Na jej szczęście było ciemno. Uśmiechnął się lekko i zaraz wznowili wędrówkę po ciemnym parku. Niepewnie stawiała kolejne kroki, iż nic nie widziała, a najgorsze było to, że miała nieodpowiednie buty na śliskim chodniku. Chociaż wierzyła, że gdyby miałaby się wywrócić, Justin pomógłby jej. Kilka minut potem, w końcu mogła ujrzeć jeden z kolejnych prezentów od szatyna. Zobaczyła altanę, która była na dachu pokryta lodem, a kolumny i barierki ozdobione kwiatami, lampkami i czerwono-szmaragdowe wstążeczki. Oniemiała z wrażenia. Jej oczy zalśniły, a buzia była lekko otwarta. Spojrzała na niego, a on tylko się szelmowsko uśmiechał, patrzył na nią tym swojskim spojrzeniem. Popatrzył na jej długie, drżące nogi i zagryzł dolną wargę. Weszła na środek altany, rozglądając się, wokół. Odwróciła ku niemu głowę.
– Nie musiałeś – oznajmiła, kręcąc głową.
– Ależ oczywiście, że musiałem – powiedział. – Święta to czas cudów i radości. I wiesz co Ci powiem? Cud jaki przyszedł dotychczas... to ty, a radość, która zawitała w moim sercu to, to... jak bardzo jestem w tobie zakochany.
Pociągnął ją po chwili do siebie, a jego dłoń znalazła się na jej biodrze, a następnie, ostrożnie położył drugą. Maggie spuściła głowę i wprawdzie zarumieniła się. Trochę było głupio spojrzeć mu w oczy, gdyż te słowa ją zamurowały.
– To naprawdę słodkie z twojej strony – uśmiechnęła się, a jej usta stały się czerwone.
– Czekałem na ten moment...

Uśmiechnął się jeszcze szerzej. Wspomnienia z tamtych świąt zachowały się w głowie jak i w sercu na zawsze. Miłość Maggie i Justina była czymś bardziej skomplikowanym niż magia, która błyskała swoją mocą. Ich była jak czerwona róża – delikatna, namiętna i krucha. Ale w róży jedynie wyjątkowe są kolce. Róża krucha i delikatna jest od wewnątrz, na zewnątrz jest twarda i niebezpieczna. Justinowi różę przypominała Maggie.
Odpalił silnik, słysząc znajomy ryk. Zaśmiał się dumny. Nacisnął delikatnie na pedał gazu, słysząc jeszcze wyraźniej. Wziął głęboki wdech i zamiast czuć świeży zapach Belli, wyczuł perfumy swojej żony. Zmarszczył czoło i zgasił silnik. Popatrzył na metalowe drzwi, które były otwarte, a w nich stała dziewiętnastoletnia dziewczyna, czekając aż jej mąż podejdzie i obejmie, i wycałuje na powitanie. Wysiadł z samochodu od razu, gdy ją ujrzał, oblizując wargi.
– Widzę, że Bella jest ważniejsza ode mnie – zaśmiała się Maggie, patrząc na ukochanego z założonymi rękoma na piersi. Szatyn jej wtórował i podszedł do niej. Objął ją na przywitanie, całując w czoło. Poczuła od niego bijące ciepło, które ją koiło od środka.
– Nikt nie jest ważniejszy od Ciebie – szepnął do jej ucha, po czym weszli oboje do kuchni, która znajdowała się obok drzwi prowadzących do garażu. – Ale Bella wygląda całkiem nieźle.
– Napracowali się nad nim – powiedziała, podając mu kubek kawy. – Nasze rzeczy są już spakowane.
– To świetnie – uśmiechnął się.
– Czego chcieli od Ciebie w studiu? – zapytała tak poważnie, jak się stała. Justin przez chwilę udawał, że myśli. Język zaczął mu się plątać.
– Nie powiedziałem Ci... – westchnął zdruzgotany i zdezorientowany, kładąc na blacie kubek. Blondynka zmarszczyła czoło i przyjrzała mu się uważnie. – Od siedmiu miesięcy kiedy mnie nie było, wytwórnia chce zrobić ze mnie maszynę do zarabiania pieniędzy. Dobrze wiesz, że kończy się dotychczasowy kontrakt, a mi zależy na tym, by tworzyć muzykę. Ale to wszystko stało się za szybko, a ja jestem zmęczony. Miałem dziś to podpisać, ale nie zamknąłem gęby na kłódkę i mam tydzień do namysłu.
Maggie zbladła. Wzięła kilka głębokich wdechów, czując ucisk w klatce piersiowej. Nawet nie spostrzegła jak ukochany wszedł do salonu, otworzył biblioteczkę i wyciągnął z niego plik dokumentów. W nim były wszystkie umowy podpisane na trzy lata. Z roku 2010. Spojrzał na swój podpis, Scootera i swojej mamy.
Przypomniawszy sobie ten dzień, aż łezka wokół oka się zakręciła. Mógłby przysiąc, że to mogło być wczoraj. Idealnie zapamiętał ten dzień, który tylko stał się zwykłym wspomnieniem tamtych lat, gdy miał jeszcze szesnaście lat. Maggie też była przy tym, oboje cieszyli się niezmiernie, a teraz wszystko pękło jak bańka mydlana.
Blondynka usiadła obok szatyna, kładąc mu dłoń na ramieniu. Widziała jego delikatny uśmiech, wiedząc, że powraca do tamtych wspomnień. Ucałowała delikatnie jego skroń. Oboje byli zdruzgotani tym co się dzieje wokół nich, zamiast normalnie żyć jak zwykła, szczęśliwa rodzina.
Podróż do Moskwy była dość ryzykowna. Bali się oboje, że jadą po nic i nigdy więcej nie zobaczą córki. Jak dorasta. Przez całą podróż trzymali splecione dłonie, modląc się w duchu, płacząc z tęsknoty i myśląc nad dalszym planem. A więc... co dalej?
Późną nocą wysiedli z samolotu, biorąc swoje rzeczy do limuzyny, która stała przed lotniskiem i bez słów odjechali do hotelu, gdzie zarezerwowali pokój na czas pobytu. Mieli wielką nadzieję, że na niezbyt długą.
Noc była ciemna, cicha i w ogóle nie czuli w niej życia. Może dlatego, że część tego została tylko wspomnieniem, do którego będą wracać chwilami przed ich śmiercią. W limuzynie panowała cisza, a Justin popijał wodą, którą nalał sobie do szklanki stojącej obok. Maggie trzymając nogę na nogę, zaglądała co chwilę za okno, rozpatrując Moskwę dogłębnie. Inaczej sobie wyobrażała to miasto. Z opowieść babci Gabrieli, można było stwierdzić, że to miasto to tylko czasy Rokoko*. Fakt faktem, że życie toczy się dalej, Moskwa nie została w tyle jeśli chodzi o czasy i unowocześnienie, ale chciałaby zobaczyć to miasto oczami babci.
Hotel jednak był w stylu Rokoko. Kolor był bladoniebieski z ogromnymi kolumnami, na nich wyrzeźbione małe miniaturki nadnaturalnych stworzeń, a szczególnie smoki. Ogród pięknie prezentował się nawet nocą. Fontanna w kształcie róży, świeciła kolorami tęczy, tryskała wodą, a dzięki kolorowym światłom wyglądała bajecznie. Czuć było zapach świeżej, letniej trawy. Wchodząc do środka, już czuli się inaczej. Wszystko inaczej wyglądało, na czasy nowożytne i współczesne zarazem.
Justin tylko stawił krok do recepcjonisty, podpisał jakiś kwitek i odebrał klucz do pokoju hotelowego. Oboje byli naprawdę zmęczeni i chcieli pójść spać z nadzieją, że następnego dnia będą o krok bliżej do odnalezienia córki. Możliwe, że Bieber będzie miał okazję zemścić się na Jamesie.
Zawsze sądził, że pewnego wiosennego popołudnia, całą zgromadzoną rodziną, oświadczy się Maggie, prosząc także Jamesa o jej rękę. Zgodziłby się, a ich życie mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej. Niestety nienawiść jaką darzył ojciec Maggie do niego była tak ogromna, że zakazałby się nawet z nią widywać.
Pokój był dobrym schronieniem na kilka nocy, by mogli przez chwilę pomyśleć. Maggie odłożyła dwie duże torby na kufrze, wyciągnęła z jednej z nich kosmetyczkę, ręcznik i pidżamę. Spojrzała na ukochanego, który przy szafie odłożył dwie duże walizki. Ujrzała jego mięśnie przeciskające się przez jedwabną koszulę, automatycznie zagryzła wargę, biorąc głęboki wdech.
– Idę wziąć kąpiel, dołączysz się? – zapytała, a szatyn podniósł na nią wzrok. Kiwnął twierdząco głową.
– Z chęcią.
Posłał jej delikatny uśmiech, po czym musnął jej malinowe wargi. Wziął ją w ramiona i powędrowali do łazienki.

Ubrania leżały na sedesie i podłodze, tuż obok kabiny prysznicowej, gdzie obok znajdowała się głęboka wanna. Justin mokrymi palcami muskał nagie plecy Maggie, która pod wpływem kojącego dotyku, oparła głowę na jego ramię. Mruknęła pod nosem, a Justin się uśmiechnął, całując jej szyję, gdzie znajdowały się kropelki wody.
– Nadal się martwisz?
Odwróciła wzrok na szatyna. Trochę skrzywiła usta.
– A ty nie? – odpowiedziała pytaniem.
– Oczywiście, że tak, ale...
– „Ale”?  
– Zastanawiam się wciąż nad tym kontraktem – westchnął. Maggie odwróciła się w jego stronę i musnęła jego czoło.
– Słuchaj, nie bez powodu podpisałeś kontrakt trzy lata temu. Masz talent, Justin. Żyjesz z niego, ludzie Cię kochają. Nie rezygnuj z tego – odparła.
– Jeżeli go podpiszę, nie będzie szansy na to, że będę patrzył jak Emily dorasta – powiedział łamiącym głosem. Maggie mierzwiła jego włosy i plotła końcówki na palcach. Sama zaczęła się nad tym wszystkim zastanawiać. – Ja nawet nie wiem, czy Emily wciąż żyje.
Maggie mocniej pociągnęła za włosy szatyna.
– Nawet tak nie mów – automatycznie spojrzeli sobie w oczy, gdy Justin syknął z bólu jak pociągnęła go za włosy do tyłu. Po tych słowach Maggie chciała rozpłakać się jak mała dziewczynka, lecz nie dała po sobie tego rozpoznać. Udawała twardą, by nie pokazać swojej słabości i w pewnym momencie nie zginąć na marne. – Nie mów rzeczy, które są nieprawdą. Mój ojciec chce byśmy tak myśleli, ale to nie jest prawda. Chce zniszczyć to co czujemy do siebie, chce nas poróżnić w każdy możliwy sposób... i może teraz nas słyszy, ale ja mówię temu wszystkiemu: DOŚĆ.
Justin popatrzył się w kakaowe oczy ukochanej, myśląc nad jej słowami. Miała rację.

Następnego poranka oboje wstali wcześnie. Był dość chłodny jak na lipcowy dzień, ale najważniejsze dla nich było to, aby odnaleźć córkę całą i zdrową. Modlili się, by nie była martwa. To była najgorsza myśl, która mogła przebrnąć przez ich głowy.
Wybiła godzina dwunasta. W ogóle nie mieli pomysłów od czego zacząć teraz. Nie mogli przecież podejść do ludzi i po prostu zapytać się o córkę. Przecież pytałby ich o nią sam Justin Bieber. Na Placu Czerwonym pili dość mocną kawę, która sprawi, że w ciągu najbliższym dwudziestu czterech godzin nie zasną. Justin siedział spokojnie przy stoliku, rozglądając się dookoła. Słuchał ludzi, mówiących w różnych językach, robiących zdjęć zabytkom. W pewnej chwili usiadła obok niego blondynka. Jej włosy jak zwykle migotały jak diamenty, co go nadal fascynowało i nie mógł odwrócić od nich wzroku. Dziewczyna wzięła swój nożyk do kopert i za jednym zamachem rozcięła ją. W niej znajdował się list. Nie wiedziała od kogo, lecz był zaadresowany do niej.
– Byłaś na poczcie? – zapytał, popijając kolejny łyk kawy.
– Pierw byłam na policji. Ciężko było się z nimi dogadać, bo ledwo umiem rosyjski. I tak nic od nich nie wyciągnęłam, ale dałam im zdjęcie Emily. Zauważyli, że media nic nie wiedzą, więc raczej nie będą tego ogłaszać. Tyle nam się poszczęściło. Potem trafiłam na pocztę, mając nadzieję, że jakiś anonimowy nadawca się zgłosi i da nam jakieś wskazówki. Kiedy zauważyłam, że coś jednak jest, stwierdziłam, że muszę otworzyć ją przy tobie.
– Może najpierw weź głęboki oddech, kochanie – zaśmiał się cicho Bieber i przyłożył rękę na dłoń Maggie. Przymknęła oczy, biorąc dwa głębokie wdechy i wydechy. Ponownie otworzyła, chwytając list, po czym kawę.

Widziałam twój wypadek. Przykro...
Lepiej, abyś miała oczy szeroko otwarte, bo wokół Ciebie są podejrzani ludzie. Ty i twój mąż musicie mieć się na baczności. Chwila nieuwagi, a zaprowadzisz swoją rodzinę do zguby, droga córko Benetich’iego. Może najpierw poznaj jego historię, potem szukaj prawdy.
Julie Osbourne

Maggie omal nie zakrztusiła się kawą. Zaczęła kaszleć, a Justin poklepał ją kilka razy po plecach. Ludzie spojrzeli w ich stronę, patrząc jak na idiotów. Nawet, gdy krztusiła się to sama żona Bieber’a. Ale dzięki temu, Maggie wyryła sobie w głowie ostatnie zdanie: „Może najpierw poznaj jego historię, potem szukaj prawdy.”
Potem miejsce zdarzenia katastrofy. Już wiedziała gdzie zacząć.


„Musimy chcieć, musimy do czegoś dążyć, chociaż nigdy nie ujrzymy dojrzałego owocu naszych trudów ani nie dowiemy się z całych dziejów o rezultacie ludzkich dążeń.” – Johann Herder


*Rokoko - styl za czasów baroku itd. (XVI-XVIII w.)

środa, 16 października 2013

Rozdział 4

Moskwa

„Słowa ranią, ale czyny wybaczają.”

Szpital pachniał oczywiście jak szpital.
Było chłodno, cicho, tajemniczo i nieprzyjemnie dla każdego chorego pacjenta, który tęsknił za domem. Gabinet, w którym znajdowała się Maggie wyglądał jak  laboratorium i miała zaraz zostań jakimś szczurem laboratoryjnym.
Czarnoskóra kobieta podeszła do niej i jednym gestem uniosła jej głowę do góry. Przyjrzała się jej twarzy dokładnie, a rany na jej twarzy były widoczne. Zaschnięte ślady krwi widać było gołym okiem.
–– Sprawdzałam wyniki badań pani krwi i nie było ani kropelki alkoholu w żyłach – zaczęła pani doktor, a blondynka tylko westchnęła, gdy odeszła kilka kroków dalej i podała jej w plastikowym kubku orzeźwiającą, zimną wodę. – Zadzwoniłam do pani męża, ale nie odbiera. Ma wyłączony telefon.
Tym lepiej dla mnie, pomyślała sarkastycznym tonem. –– Rano opuści pani szpital, a teraz zalecałabym odpoczynek.
Maggie kiwnęła twierdząco głową. Chciała się  również dowiedzieć coś na temat samochodu. To ze względu na Justina.
–– Um... przepraszam –– podeszła do kobiety i westchnęła. Posłała jej delikatny i taktowny uśmiech, którym powinna teraz operować. Lekarka odwzajemniła gest. –– Czy auto, którym jechałam został już odholowany? To ważne.
–– Jutro rano przyjdzie śledczy do pani i powie pani to co powinna wiedzieć, jednak w zamian oczekuje to samo –– odpowiedziała cicho. Obie wyszły z gabinetu, a Maggie westchnęła z rezygnacją i usiadła na metalowym i zimnym krześle, na którym niestety musiała spać.

Otworzyłam oczy, widząc, że jestem na łące. Rosnące róże, tulipany, stokrotki i inne kwiaty, sprawiły, że skądś mogłabym skojarzyć to miejsce. Leżałam. Niebo było błękitne jak szafir i nie było na nim żadnej białej kropki. Słońce otulało mnie swoim ciepłem jakim emanowało. Usiadłam. Rozglądnęłam się, po czym ujrzałam same zielone, wysokie drzewa, które kiwały się na boki, gdy wiatr rozwiewał z północy. Śpiew ptaków. Tylko to, mogłam usłyszeć. Nie słyszałam bicia serca swojego. Jakbym była duchem. Po chwili dostrzegłam z oddali postać małej dziewczynki o jasnej karnacji, pięknej twarzy z krwistoczerwonymi oczami. Emily. Moja córka. Chciałam podejść do niej. Szepnęłam jej imię, by tylko móc powiedzieć jej jak bardzo za nią tęsknie. Wyglądała na pięcioletnią dziewczynkę. Jej włosy rozwiewał wiatr, tak bardzo pragnęłam je dotknąć. Były takie aksamitne. Wstałam. Jej wyraz twarzy był taki jakby mnie w ogóle nie znała. Nijaki po prostu. Poczułam bicie mojego serca i wtedy wzięłam głęboki wdech, i zaczęłam stawiać kroki w jej stronę. Każdy ruch stawał się szybszy. Stała bez ruchu, patrząc na mnie. Moje włosy lśniły jak diamenty na słońcu. Zauważyłam podobieństwo między mną a nią. Byłyśmy inne.
–– Obiecałaś!
Jej głos. Był aksamitny, lekki jak piórko, lecz jej ton był przykry i surowy, jakbym właśnie została bita batem.
–– Obiecałaś...
Ten był łamiący, jakby miała zaraz się rozpłakać. Kucnęłam przed nią, chcąc dotknąć jej rękę, jednak ona odepchnęła moją, po czym dotknęła moich włosów. Odchyliła odrobinę głowę i przymrużyła oczy. Dotknęła potem policzka, a jej dotyk był anielski. Delikatny.
–– Dlaczego nie jestem tobą, mamo?
„Mamo”. Słowo wypowiedziane z zazdrością i pychą.
–– Chcę być taka jak ty. Chcę być dobra i piękna jak ty.
–– Jesteś piękna i dobra, kochanie.
Chciałam ponownie jej dotknąć. Nie pozwoliła mi, a moje oczy zaczęły mnie piec. Wtedy dotknęła oba moje policzki i przyłożyła czoło do mojego czoła. Jakbyśmy zjednoczyły swoje umysły. Wtedy ujrzałam całe swoje wczesne życie. Łącznie moja miłość do Justina. A potem moja śmierć, która była tylko wytworem mojej wyobraźni. Odsunęła się gwałtownie, a z jej oczu poleciała... krew? Czy dobrze widzę? Czerwona ciecz, dość ciemna, plamiąca jej różowiutkie policzki.
–– Dlaczego ja to robię, mamo?
To był płacz. To był płacz mojej Emily. Jak krew spływa z jej oczu. Wtem odsunęła się odrobinę, a ja ujrzałam palącą się wioskę, którą wcześniej ujrzałam. Ludzi, którzy palili się, uciekali, panikowali, by uratować tylko swoje życie. W ustach mi zaschło. W gardle zapiekło. W sercu zakłuło. W głowie miałam pusto.
Spojrzałam na nią, a ona miała zakrwawione rączki i twarz. W jej oczach ujrzałam palącą się wioskę i ciemność. Jakbym przed sobą ujrzała diabła wcielonego w ciało mojej bezbronnej córki. Ale tym diabłem była Emily.

Maggie poczuła ból w karku. Syknęła i poprawiła swoją pozycję, lecz kark nieskazitelnie mocno bolał. Zaklęła pod nosem i pomasowała bolące miejsce. Jednak koszmar, który przeżyła ją jeszcze bardziej bolał. Sprawił on gęsią skórkę i wszystko co złe. Dotknęła czoła, który dał o sobie znać w bardzo nieprzyjemny sposób. Jęknęła cicho z bólu i wstała, chcąc pójść po zimny łyk wody. Nogi były jak z waty, mrowienie pojawiło się wzdłuż kręgosłupa, po czym niespodziewanie poczuła dłoń na swoim ramieniu.
Odwróciła się, widząc mężczyznę w garniturze. Miał zakola i złoty zegarek. Miał kruczoczarne włosy, ulizane do tyłu, mięsnie wystające przez garnitur, a jego rysy twarzy, jakby był kolejnym przystojniakiem w mieście. Trochę ją to zdziwiło.
–– Panna Bieber? –– podniósł brwi, a w jej żołądku zakręciło się. Niechętnie kiwnęła głową, a on bez słów podarował jej kopertę, jednak po chwili wyciągnął rękę i powiedział: –– Mark Thompson. Pracuję dla FBI i dostałem informacje, że miała pani wczoraj wypadek. To taki mały prezent, że tak powiem. Dla mnie jest pani wygraną na loterii.
Uścisnęła jego dłoń, lecz zmarszczyła czoło. Powiedziała zachrypniętym głosem:
–– Czemuż to zawdzięczam pańską wizytę w szpitalu?
–– Motocykliści, którzy ścigali panią byli gangsterami, których szukamy kilka miesięcy. Zamordowali bardzo ważnych ludzi, jednak jakimś dziwnych trafem uwzięli się na panią. Szybko się pani ich pozbyła –– odparł z lekkim szokiem. Maggie okazała lekkie zdziwienie, jednak nic nie powiedziała. –– Wiem też, że to nie był zwykły wypadek. Szyba od pańskiego samochodu została zbita przez spory kawał metalu. Grubego i ciężko do przepiłowania.
–– A właśnie. Gdzie samochód mojego męża? –– wtrąciła, przypominając sobie o samochodzie.
–– W naprawie, tak jak pani sobie tego życzyła –– odparł z lekkim skinięciem głowy. –– Kto panią ścigał?
Maggie przełknęła głośno ślinę. Dla własnego bezpieczeństwa i swojej rodziny, wolałaby przemilczeć to. Nie pisnęła, tylko westchnęła głośno i wzruszyła ramionami. Mężczyzna założył ręce na piersi.
–– Nie będę nalegał. Jest pani po ciężkim dniu, gdyż tego samego dnia wróciła z rocznicy ślubu, który był jednym niewypałem, iż zaginęła pańska córka, prawda? –– dziewczynę to zamurowało. Spojrzała na niego dość zszokowana, lecz on wyglądał bardzo poważnie, jednocześnie groźnie. Nagle na jego twarzy pojawił się sztuczny uśmiech. –– Lepiej niech pani wraca do męża, nie chcemy przecież, by i jemu coś się stało.
Maggie kiwnęła z lekkim zakłopotaniem. Jakiś dziwny typ z FBI nam się trafił. Dupek, pomyślała i schylając głowę, kiwnęła głową. Skąd wie?

Blondynka zapłaciła taksówkarzowi, który po chwili odjechał. Znajdowała się pod niewielkim domkiem jednorodzinnym swoich przyjaciółek. Zapukała do jasno karmelowych drzwi, a potem ujrzała Marry stojącą w pidżamie, która miała dwie plamy po ketchupie. Mina Marry, gdy ujrzała złociste włosy była osłupiała. Wepchnęła ją nawet do środka i już czuć było alkohol. Kurtka Justina wciąż wisiała na wieszaku. Wtedy poczuła jak dostaje kuksańca w ramie. Maggie złapała się za bolące miejsce, masując. Spiorunowała przyjaciółkę wzrokiem.
–– Gdzie ty się podziewałaś przez tą całą noc, gdy Justin pił, aż zabrakło nawet drobnych na piwo? – warknęła. –– Idź do niego na górę. Jessica go budzi już przez dziesięć minut.
Niespodziewanie usłyszeli zachrypnięty głos Justina, najwidoczniej wołającego ponownie imię swojej żony. Maggie bez zastanowienia ruszyła ku górze, by szukać uchylonych drzwi do pokoju gościnnego. Był on niewielki, ale wszechstronny i miły. Kolorystyka była ciepła i słodka. Pomarańcz idealnie łączyła się z jasnym różem. Jessica wstała, gdy zauważyła blondynkę w drzwiach. Justin miał kaca – to było nieuniknione.
Popatrzyły sobie w oczy, które mówiły jedynie o zmartwieniu. Podeszła do ukochanego, który usiadł i łyknął dwie tabletki. Miał nieład na głowie, a jego lekki zarost na brodzie był zabójczo seksowny. Jednak wciąż czuć był odór alkoholu. Jessica nie straciła z niej oczu i obserwowała każdy jej ruch. Maggie usiadła przy Justinie i dokładnie mu się przyjrzała. Podniósł wzrok, a kiedy ujrzał ją, zabłysnęły ze szczęścia. Zacisnął jednak usta.
–– Jestem, kochanie –– szepnęła. Jessica wyszła bez słowa, wiedząc, że oboje muszą porozmawiać. Zamknęła drzwi, a oni siedzieli w błogiej ciszy.
Bała się mu powiedzieć wszystkiego, ale wiedziała, że musi od czegoś zacząć. Zrobiła wszystko bez jego wiedzy i jednocześnie winiła siebie za nietrzeźwość Justina.
Odgarnęła jego włosy do tyłu. Był zły i miał dość surową minę. Bał się jednocześnie.
–– Jesteś wariatką, czy tylko udajesz? –– warknął, łapiąc ją za nadgarstek. Przyjrzał się jej twarzy, a na czole, ujrzał czerwoną linię. Przejechał przez nią kciukiem. To ich zabolało jednocześnie. Jego ukłuło w sercu i chciał płakać, zarazem drzeć się w niebogłosy.
–– Musiałam Justin, ale czuję, że w pewnym sensie zrobiłam błąd i przepraszam Cię –– powiedziała, łapiąc jego dłonie, po czym przyłożyła je na swoje. Gładziła jego knykcie, chcąc go uspokoić.
–– Mogłaś zginąć. Omal Cię nie straciłem –– powiedział łamiącym głosem, jednak powiedział groźnie i odepchnął jej dłonie. –– Utopiłem zmartwienia w alkoholu, bo inaczej nie mogłem postąpić. Napędziłaś mi takiego kurewskiego stracha, że mam ochotę Cię sam zabić.
Przez dłuższą chwilę nie odzywali się. Maggie spuściła smutnie wzrok. –– Jedźmy do domu. Muszę coś ze sobą zrobić, wyglądam jak jakiś menel.
Prychnął. Maggie w tym momencie wiedziała, że Justin nic nie wie o samochodzie, który jest w naprawie. Aston miał całkowicie rozbitą przednią szybę, maskę i poboczne okna. Opony przedziurawione. Wzięła głęboki oddech i serce stanęło jej na chwilę. Wtem wstał z łóżka z lekkim bólem głowy, cicho jęknął i zapiął rozporek od spodni. Chwiał się, a czując nieprzyjemny smak w ustach, do tego suchość, sam by zwymiotował.
–– Pojedziemy taksówką, Justin –– mruknęła cicho, kiedy zamierzał przekręcić klamkę w drzwiach. Zmarszczył czoło, po czym się odwrócił. W jego oczach ujrzała znak zapytania. Również wstała, wyciągając zza pleców broń i mu oddała. Nic nie mówili, ale Justin miał w głowie przeróżne myśli dotyczące tego co mogło się wydarzyć. Czyżby zabiła kogoś? Wziął od niej pistolet i dokładnie mu się przyjrzał. Wyciągnął magazynek, wiedząc, że tam powinny znajdować pociski, jednak nic w nim nie było. To go zdziwiło i przeraziło.
–– Co ty najlepszego zrobiłaś? –– w jego głosie słychać było strach i przerażenie. –– Nie mów, że zabiłaś...
–– Nikogo nie zabiłam, Justin! –– powiedziała głośno, jakby miała zaraz się rozpłakać. –– Samochód jest w naprawie, przepraszam Cię, inaczej postąpić nie mogłam.
–– Jesteś pokaleczona, znikasz z domu, spotykasz się z Selen... co?! Bella jest w naprawie?! –– odskoczył od miejsca zszokowany, jakby właśnie dostał zawału. Maggie wywróciła oczami. –– Co się dzieje do cholery?
–– Myślisz, że wiem? Teraz wiem, że Selena maczała w tym palce. Wracajmy do domu, śmierdzisz piwem.
Minęła go, chcąc ukryć łzy. Jednak przytrzymał ją za ramię i odwrócił w swoją stronę.
–– Sądzisz, że śmierdzę, tak? Ale musiałem mieć powód, dla którego się upiłem, nie? Ty byłaś tym powodem i siebie powinnaś obwiniać! Omal nie zginęłaś, Bella jest w naprawie i muszę przez twoją głupotę wracać taksówką?!
Ich głośną rozmowę przerwał dźwięk telefonu Justina. Warknął i zaklął pod nosem. Widząc, iż to Antonio jeszcze chciał teraz zasięgnąć po whisky. Dziewczyna opuściła go, zaczynając płakać. Tęskniła za Emily i nagle wszystko straciło sens. Jej koszmar, który śnił się jej w nocy był okropny, aż miała ochotę strzelić sobie kulą w łeb. Teraz wiedziała, że Selena była w to wszystko zamieszana i nie tak łatwo odpuści. To jest jej zemsta za niepowodzenia w życiu. Teraz żyła z myślą, że zabije ją i Justina, i Emily... Chociaż to James czekał na moment, gdy zrani Bieber’a i będzie patrzył mu w oczy jak umiera. Najgorsza myśl jaka przeszła jej przez głowę.
Jessica i Marry siedziały i nerwowo popijały kawę. W ogóle nic nie mówiły, jakby smutki chciały utopić w kubku. Słysząc kroki na dół –– bardzo szybkie –– zobaczyły swoją przyjaciółkę. Wstały raptownie, podeszły do niej, po czym ujrzały szklane oczy, jakby miała zaraz się rozpłakać. I miała ku temu powody. Po raz pierwszy od kilku lat pokłóciła się z Justinem. Pierwsza ich kłótnia była spowodowana tym, iż Justin skradł jej wiersz do szkoły i do tej pory chwaliłby się swoim talentem. Jednak było to dziecinne i dawno o tym zapomnieli. Teraz sprawa była sto razy poważniejsza.
Przytuliła je bez słów, czując za sobą ciarki. Po schodach schodził, Justin, który zamawiał taksówkę co go bardzo irytowało. Nie popatrzył w ich stronę, tylko ubrał kurtkę i schował telefon do kieszeni. Taksówka znalazła się pod domem w błyskawiczny sposób. Kierowca dziwnie się czuł, wożąc sławne małżeństwo. Justinowi było trochę wstyd jechać nieogolony i cuchnący jak spleśniały ser nadziewany whisky. Maggie i Justin nie odezwali się słowem do siebie. Szatyn uważał, że nie ma nic do powiedzenia.
Wysiadając z niej, blondynka zapłaciła za jazdę, następnie poszli w stronę drzwi frontowych. Weszła do środka, czując znajomy zapach piżmu i świeżych owoców. Zawsze je czuła, będąc w swoim domu. Ten zapach niszczył odór alkoholu i nieświeżego oddechu. Oboje powędrowali do osobnych łazienek, wzięli swoje codzienne ubrania, a w kabinach myśleli o tym wszystkim co wydarzyło się w ciągu dwudziestu czterech godzin. Emily zniknęła –– to dla nich był największym ciosem. Bolało ich również to, że są rozgniewani i nie wiedzą co robić dalej. Pustka w głowie. Zupełna. Justin ma tydzień czasu na przemyślenie co do nowego kontraktu, który ma podpisać, lecz zanim to nadejdzie musi zająć się rodziną. Tuż po jego powrocie do domu, ich skarb znika bez śladu. Nie wiadomo nawet dlaczego. Nie wiedzieli odkąd zacząć. Emily mogłaby być wszędzie, a woleli poszukać ją na własną rękę. Do czasu, aż już naprawdę nie będą wiedzieć co robić.
Szatyn ubrał tylko jeansy i białą koszulkę. Umył zęby, ogolił się, następnie powrócił do sypialni, gdzie na łóżku już panował nieład dzięki swojej żonie. Popatrzył na nią, która przeglądała stare zdjęcia swoich rodziców i kopii dokumentu, który czytała. Zmarszczył czoło, podszedł i kucnął przy niej. Miała smutne oczy, jakby była zbitym psem.
–– Hej –– zaczął i odwrócił jej głowę w swoją stronę. Posłał jej delikatny uśmiech. Poczuł, że źle postąpił. –– Wszystko w porządku. Nic się nie dzieje. Przepraszam, nie powinienem.
–– Dobrze robisz, Justin. Jestem głupia. To ja nie powinnam, przepraszam –– powiedziała, a z jej oczu poleciały łzy. Były to łzy smutku, tęsknoty i brakiem jakichkolwiek racjonalnych myśli. –– Jestem nieodpowiedzialną matką.
–– Jesteś wspaniałą matką, kochanie. Bez Ciebie, Emily nie jest szczęśliwa. Jestem pewien, że ją znajdziemy. Nic się nie stało. Postąpiłaś tak jak zrobiłaby na twoim miejscu każda opiekuńcza mama. To nic złego, skarbie, to ja tutaj zawiniłem. Nie byłem przy was siedem miesięcy. Bez przerwy praca, praca i praca, na ogół tylko koncertowałem, ale jestem w domu i zamierzam znaleźć naszą księżniczkę choćbym nie wiem co, rozumiesz mnie?
Irracjonalnie pokiwała głową. W tym momencie w głowie przyszła jej myśl, po czym ściągnęła brwi. Otarła wierzchem dłoni oczy i policzki, następnie dokładnie popatrzyła na miejscowość, w której wydarzyła się ta katastrofa. Jej wizje, gdy leżała w szpitalu...
W jej oczach ujrzał błysk, a na twarzy zniknął smutek, tylko lekkie zaskoczenie.
–– Co się stało?
–– Moskwa, Petersburg, Moskwa... Rosja! To jest to!
Gwałtownie wykrzyknęła. Justin odskoczył zdezorientowany i popatrzył na nią uważnie. Usiadł na łóżku. –– Jaka ja jestem głupia! Przecież to proste!
–– Wyjaśnij mi co Ci chodzi po głowie – powiedział, łapiąc ją za rękę. Podniosła ku niego wzrok i przyjrzeli się sobie uważnie.
–– James pochodzi z Rosji, tak? Więc jedziemy do Rosji. Domyślam się, że tam może się teraz znajdować –– powiedziała.
Jej błyskotliwość za każdym razem go zaskakiwała. Dlatego dzięki temu miała świetne oceny w szkole  –– za pomysłowość i pomoc. Justin wstał i schylił się do szafki gdzie znajdował się laptop. Po krótkich chwilach milczenia, zarezerwował lot do Moskwy. Popatrzyli na siebie z lekkim uśmiechem. Złapali za ręce i spletli swoje palce. Była nadzieja.


„Żyję teraz z myślą o tym jak bardzo żałowałabym tego co bym zrobiła.”

czwartek, 10 października 2013

Rozdział 3

Spotkanie

„Tak wiele rzeczy musi się wydarzyć, aby doszło do spotkania dwojga ludzi.” – 21 gramów

– Jak to kurwa zniknęła? – warknęła głośno.
Justin gdy to usłyszał, zacisnął zęby i uderzył w ścianę z impulsem. Zaczął się przez chwilę kręcić i liczyć do dziesięciu, lecz to w niczym nie pomagało. Oboje byli sfrustrowani, wściekli i niezwykle przerażeni. Cały czar prysł. Szatyn podszedł do żony, chcąc jej zabrać telefon, jednak Maggie cofnęła się kilka kroków w tył.
Po chwili wszedł na mostek kapitana gdzie czekał na rozkaz kapitan. Musiał niestety odwołać wycieczkę po Wyspach Dziewiczych. Było to bardzo niefortunne z jego strony. Oboje liczyli na wspaniały tydzień, by mogli powspominać tamten tydzień, tamtego roku. Kiedy zszedł po drabince na dół, ujrzał żonę zbulwersowaną jednocześnie wyglądała na przerażoną i smutną. Jakby miała się zaraz rozpłakać. Złoty iPhone drżał jej w dłoniach, gdy wybierała z pamięci numer do swojego ojca. Czuła w sobie nienawiść do niego i rządzę zemsty. Stanął naprzeciw niej i popatrzył zaniepokojony.
– Co robisz? – zapytał cicho.
– Dzwonię do Jamesa, nie widzisz? Masz inny pomysł? – warknęła w jego stronę, jakby miała go spoliczkować. Justin wziął głęboki oddech i poprawił kurtkę. – Jedyną osobą, która przychodzi mi na myśl to ten drań, który niegdyś uważałam za ojca.
– Uspokój się, Maggie. Zaraz pojedziemy po rzeczy i zarezerwuję bilety do domu – odparł, zabierając jej sprytnie z rąk telefon. Usłyszeli ponowne burczenie dochodzące z jej brzucha. Schował telefon do kieszeni spodni i chwycił jej rękę, po czym dodał: – I za ten czas coś zjesz.
– Jak mam jeść, wiedząc, że ktoś może zrobić krzywdę mojej córce? – fuknęła, wyrywając rękę z uścisku Bieber’a. Popatrzyli na siebie. W jej oczach czaił się strach i złość zarazem. W oczach Justina natomiast było zaniepokojenie i zmartwienie. Bał się o Emily, ale nie chciałby, aby ukochana zrobiła coś głupiego jak niegdyś on chciał postąpić. Teraz to on chciał ją uchronić.
Opuścili pokład, stanowczym krokiem powędrowali ku parkingu. Przed odjazdem z niego, Justin z piskiem opon przejechał obok blondynki, która natychmiastowo otworzyła drzwi od strony pasażera i ledwo zamknąwszy drzwi, Justin ruszył w stronę powrotną do daczy*. Grzebała ponownie w torebce w celu znalezienia telefonu, jednak przypomniała sobie, że zabrał go Bieber. Popatrzyła na niego z lekką irytacją.
– Oddaj mi telefon, Justin – wycedziła i wysunęła w jego stronę dłoń, czekając aż w końcu odda jej urządzenie. Pokręcił przecząco głową. – Oddaj.
Jej ton głosu był zimny, surowy, łamał się zarazem. Jak silna, unosząca się góra lodowa, która zaczęła się łamać przez ciepłe promienie słoneczne, ale starała się wytrzymać.
Gwałtownie się zatrzymał, a ona poleciała do przodu. W ostatniej chwili zatrzymał ją Justin przed małym wypadkiem.
– Zapnij pasy – powiedział stanowczo, po czym ruszył. Posłuchała go. – Telefonu nie dostaniesz do czasu, aż nie zjesz i się nie uspokoisz.
– Kurwa Justin! Jak ja mam być spokojna, jak Jessica i Marry zgubiły naszą siedmiomiesięczną córkę, która umie w jakiś niewyjaśnionych okolicznościach, chodzić, mówić i pisać! Jestem pewna, że był to James! Jeżeli zrobi jej krzywdę, sama go zabiję – warknęła. Jej tętno po chwili zaczęło się uspokajać, lecz strach to utrudniał.
Po piętnastu minutach wysiedli z auta, a ona popędziła w stronę domu, wchodząc nawet nie zamykając drzwi i skończyła pakować rzeczy, które użyła w ciągu kilku godzin. Szatyn nerwowo rozmawiał przez telefon, zapewne z biurem podróży, z którym próbował dogadać się. Chciał znaleźć najlepszą i najbliższa godzinę lotu prywatnego odrzutowca. Kiedy w końcu ustalił godzinę, spakował walizki do bagażnika, a po kilku minutach już byli w drodze na lotnisko. Nawet nie przywitali się z oceanem, ani nie pożegnali.
Siedziała niecierpliwie obok swojego ukochanego, który mruczał coś pod nosem, rozmawiając przez telefon.
– ...byłoby lepiej, żeby nie  dzwonić na policję, póki sami nie spróbujemy jej znaleźć. Prosiłbym, by nikt nic nikomu nie mówił. To sprawa poufna. Do widzenia.
Rozłączył się i rzucił telefon na deskę rozdzielczą. W samochodzie panowała cisza, a słychać było jedynie stłumiony dźwięk, który wydawał Range Rover. Nawet nie spojrzeli na siebie. Justin skupiał się na drodze, a Maggie modliła się, by Emily jeszcze tego samego dnia znalazła całą i zdrową. Za bardzo się bała. Wiedziała jaki jest James i żeby zadać ból im obojga, zabije swoją własną wnuczkę. To najgorsza myśl jaka przychodziła jej do głowy. Widzieć martwe, niewinne i zimne ciało dziewczynki było okrucieństwem. Jeszcze jedna myśl przyszła jej do głowy. Że w to wszystko mogła być zamieszana Selena. Sama była matką, lecz Edmunda się pozbyła. W uszach jej dudniła ten głos małej szatynki, płaczącej i wołającej rodziców, którzy mogli by jej pomóc. Łza spłynęła po jej różowiutkim policzku, jednak szybko otarłszy ją popatrzyła na Justina.
Z jego miny nic nie dało się wyczytać. Ugryzła się w język i powiedziała:
– Spotkam się z Seleną.
Zmarszczył czoło i spojrzał na chwilę na nią, myśląc sobie przeróżne myśli.
– Po co?
– Możliwe, że jest w to zamieszana – powiedziała cicho. Usłyszała nawet jak przełyka ślinę, po czym prychnął.
– Skąd Ci to przyszło do głowy? – udawał, że go to bawi, lecz trochę niepokoiło. Nagle zmienił wyraz twarzy i ton głosu. – Posłuchaj, Selena to jest temat zamknięty, rozumiesz? To jest problem Harry’ego, nie nasz! To on szuka Edmunda, nie my!
– Warto spróbować – syknęła w jego stronę. Tak oto powstała ich pierwsza sprzeczka od roku. – Dlaczego nie mogę się z nią spotkać?
– Meg, jesteś naprawdę taka głupia, niż myślałem? Czy ty myślisz, że będę ryzykował po to byś sobie poszła z nią  na kawkę, gdy możliwe, że na miejscu Cię zabije? Nie! Źle myślisz! – warknął stanowczo. W uszach ją dobijał głośne i szybkie bicie serca, które przyśpieszyło. W żyłach krew zagęściła się i była w stanie zrobić straszne rzeczy. Zacisnęła zęby.
– Pomyśl chociaż raz jak ojciec! Nie zrobiłbyś tak na moim miejscu? – ponownie syknęła, czując cisnące się łzy do oczu.
– Są inne rozwiązania – westchnął ciężko. Niespodziewanie zatrzymał samochód i ujrzeli przed sobą parking, który znajdował się przed lotniskiem. Wysiadła bez dodatkowych słów i próbowała nie zniszczyć własnymi pięściami samochodu; tak była wściekła.
Justin wziął walizki razem z nią i oddał kluczyki pracownikowi, który miał za zadanie zaparkować Range Rovera.

Kiedy samolot wylądował, szatyn od razu zadzwonił do przyjaciół. Paparazzi byli nieznośni. Co sekundę błysk flesza sprawiał, że dopadała ich niezrównana wściekłość jaka kiedykolwiek ich opanowała. Słońce powoli zachodziło, jednak Maggie miała już plany na wieczór.
Nawet nie pojechali prosto do domu, tylko od razu do Marry i Jessiki, które wciąż wydzwaniały, jednocześnie nie wiedząc od czego zacząć. Maggie i Justin byli kłębkami nerwów, a stało się to przez chwilę nieuwagi na własną córkę. Jednak Maggie, gdy Justin był zbyt zajęty telefonami i wydzwaniania do wszystkich, wyciągnęła z jego kurtki swój telefon i kluczyki do czarnego samochodu. Ze schowka wyciągnęła broń, którą trzymał na wszelki wypadek. Wiedziała, że igra z ogniem i wolałaby być na to przygotowana, zanim smok zaatakuje pierwszy. Mrok szybko zawitał w Los Angeles, słońce zakryło się jakby uciekło ze strachu. Za każdym razem gdy widziała na wyświetlaczu numer Justina, odrzucała połączenie. W końcu sama odważyła się spróbować dodzwonić do Jamesa, który pamiętny numer stał się nieważny. Przeklęła pod nosem, a po jakimś czasie odnalazła numer Seleny. Była zdziwiona, że go ma, ale teraz był jedyną deską ratunku. Kiedy wiedziała, że ten numer jest dalej używany, odetchnęła z ulgą, jednak bardzo ważne było to, iż po drugiej stronie usłyszy teksański głos, który po raz pierwszy sprawi, że będzie tańczyć z radości.
– No proszę, proszę, kto dzwoni. – Selena miała głos jakby spodziewała się tego telefonu. Maggie zadrżała i powstrzymała płacz. Stanęła pod jedną z ulicznych lamp na przedmieściach i wzięła głęboki wdech.
– Spotkajmy się za dwadzieścia minut na Rodeo Drive. Będę kręcić się koło klubów. – Sama nie wierzyła, że to mówi. Selena udała bardzo zaskoczoną, jednak jej talent aktorski sprawiał, że można nawet w to uwierzyć.
– Gdzie twój mąż? Będziesz z nim? – syknęła do słuchawki.
– Sądziłam, że miałabyś ochotę go widzieć – jej kącik ust zadrżał, gdy próbowała się cwano jak ona zapewne, uśmiechnąć. – Niestety nie. Bądź na Rodeo Drive... proszę.
Przymknęła oczy, gdy odważyła się poprosić. Jednak dla Emily zrobiłaby wszystko. Była jak oczko w głowie. Selena westchnęła, ale na szczęście Maggie – zgodziła się.
To co czuła w czasie drogi na Rodeo Drive było nie do opisania. Czuła strach; wielki strach, zarazem niewyobrażalną wściekłość i tęsknotę za córką. Nie chciała nawet myśleć co przechodzi Justin, zapewne martwiąc się teraz o żonę. Jechała z umiarkowaną prędkością. Kiedy ujrzała kolorowe światła poobwieszane na drzewach, ulice zapchane samochodami, a chodniki ludźmi, wiedziała dokładnie gdzie się znajduje. Przejeżdżając przez skrzyżowanie, zauważyła tabliczkę: N. RODEO DR.
Wzięła głęboki oddech. Zaparkowała przed sklepem Versace i wysiadła, zamykając Astona – prezent od niej na Boże Narodzenie. Schowała broń z tyłu, za kurtką i dokładnie się rozglądnęła. Tłok był na tyle gęsty, że ciężko było wypatrywać z oddali brunetkę o kasztanowej karnacji. Były również inne kobiety o tym samym kolorze włosów, o tym samym kolorze skóry. Ręce jej drżały i co chwilę sięgała do tyłu, sprawdzając czy broń jest dobrze ukryta. Słyszała w tle muzykę techno, najwidoczniej gdzieś musiał być dobry klub. Przełknęła ślinę i spojrzała na ekran telefonu. Miała dokładnie pięć minut.
Klub nie był tani, ale też podejrzany. Wysoki wykidajło zilustrował blondynkę od stóp do głów, długo się nie zastanawiając kim jest. Nawet nie spytał o nazwisko i po prostu ją wpuścił. W środku powietrze było gęste, pachniało potem, alkoholem i innymi odurzającymi zapachami. Obcy ludzie popatrzyli na nią przez chwilę, szczególnie mężczyźni, lecz znając ją i widząc obrączkę ślubną na palcu, odwrócili wzrok. Potraktowali ją tak, jakby była zwykłą, nieśmiałą dziewczyną. Muzyka ogłuszała wszystkich i wszystko, że nawet gdyby teraz Justin zadzwonił, nie usłyszałaby nawet wibracji. Ściany były czarne, lecz kiedy padało na nie światło, ludzi oślepiał ich blask. Usiadła przy szklanym barze, a barman zaobserwował ją po chwili, czyszcząc kieliszki. Skinął w jej stronę głową, jednak ona nie zwróciła na niego kompletnej uwagi, wciąż rozglądając się dookoła. Jej złociste włosy również były oślepiające, ale bardzo przyciągały uwagę. Wszystkie brunetki, które widziała miały skąpe sukienki i głębokie dekolty. Coraz bardziej zaczynała się bać. Każdy głośny bas dochodzący z głośników, sprawiał, że mdleje. Jej serce biło nieskazitelnie szybko.
Wtem poczuła jak ktoś ją łapie za ramię i tym kimś był wysoki, łysy i o groźnym wyrazie twarzy mężczyzna. Z jego obcisłej czarnej koszulki wystawał tatuaż z tygrysem. Popatrzył na nią i pociągnął za tyły klubu. Chciała się wyrwać, ale był zbyt silny. Odsunął się, gdy zamierzała kopnąć go kolanem w krocze, po czym wyciągnął zza jej pleców broń. Odbezpieczył go i skierował celownik w kierunku jej czoła. Nic nie mówiąc, brodą skierował na metalowe drzwi. Drżącą dłonią otworzyła je, gdy niespodziewanie została popchnięta na ścianę. Uderzyła tyłem głowy o marmurową część budynku, czując jak ból przeszywa jej czaszkę i przez chwilę otumania. Syknęła przez zaciśnięte zęby. Otworzyła oczy, widząc ciemne, mroczne i pełne nienawiści oczy Seleny. Odsunęła się po chwili od niej i wyciągnęła w stronę mężczyzny dłoń. Otworzył magazynek broni i wyrzucił na ziemię wszystkie pociski. Rzucił pistoletem ku brunetce, a ona go chwyciła, dokładnie oglądając.
– Walther P99** – poinformował głębokim jak dziura bez dna, mężczyzna. – Fajna zdobycz.
– Właśnie widzę – mruknęła brunetka i oddała Maggie broń, która patrzyła na nią uważnie. Zauważyła w niej kompletną zmianę. Miała na sobie czarne obdarte jeansy, białą koszulkę z dwoma odpiętymi guzikami i wysokimi skórzanymi butami. Miała na sobie czarną skórzaną kurtkę, a z wewnętrznej kieszeni wystawał rewolwer.
– Gdzie moja córka? – zaczęła.
– Znalazłaś sobie kozła ofiarnego, Blue? – warknęła głośno, po czym się zaśmiała kpiąco. – Nie... Bieber. Jesteś teraz panią Bieber.
Zaczęła stawiać ku niej kroki.
– Jeżeli wiesz gdzie jest moja córka, powiedz mi... – westchnęła, następnie znów zaczerpnęła powietrza.
– Zadaj sobie pytanie, Margarito*** – szepnęła – Dónde está su marido.
– Dónde está mi hija – odszepnęła, cofając się ku marmuru.
– Tak bardzo interesuje Cię córka? – prychnęła. – Nie umiesz jej nawet upilnować przez dwadzieścia cztery godziny. Nie umiesz być żoną, tylko zwykłą dziwką, która lata do jednego i drugiego.
Kiedy do niej podeszła, ramieniem przylgnęła do jej obojczyków, aż wbijała się kość w kość. Maggie głęboko oddychała i starała się odepchnąć jej ramię. Kiedy to zrobiła, poczuła jak rewolwer przylega do jej żebra.
– Anioł Stróż ma pilnować. Nie uciekać – mruknęła, będąc niej tak blisko, aż kolory włosów się zmieszały. – Przeczytaj biblię, drogi Aniele. Może wtedy sobie coś uświadomisz. Ach, przepraszam. Urodziłaś coś co na świecie się nie powinno znaleźć.
Maggie poczuła jej palce jak chwytają jej złociste włosy do tyłu i ciągnie ku dole. Stłumiła krzyk i wydobyła z piersi ciche warknięcie.
– Stałaś się tylko wyrzutkiem. Nie należysz już do Aniołów. Zaszłaś w ciążę jako dziewica, a tylko kobiety, które tak mają są wiedźmami... a ty nią również jesteś.
– Gdzie moja córka, Gomez? – warknęła odpychając ją raptownie od siebie, na tyle mocno, że była w stanie strzelić dla obrony. Nie zrobiła tego. – Nie ucz mnie jak być matką. Ty pozbyłaś się swojego, pamiętasz? Zrobiłaś to ze zwykłej zemsty, a ja nie traktuje jak wyrzutka. Ostatni raz pytam: gdzie moja córka?
Selena zaśmiała się tajemniczo, trzymając w ręku rewolwer, a palec wskazujący kierował się w miejsce gdzie znajdował się spust.
– W piekle.
Selena gwałtownie podniosła ramię i celownik skierowała na blondynkę. Maggie wzięła głęboki, czując jak coś w niej zamiera. Jednocześnie wzmacnia. Adrenalina.
– A ty do niej dołączysz.
Gdy strzeliła w jej stronę, Maggie pochyliła się na lewą stronę i upadła jak worek ziemniaków na ziemię. Kula trafiła w marmur, a po chwili zauważyła jak Selena kiwa głową na mężczyznę, który zaczyna robić kroki w jej stronę. Podniosła się i w ułamku sekundy podbiegła do niego. Prześlizgnęła się, kopiąc go mocno w nogę, następnie podłożyła mu nogę i upadł. Selena pokierowała się w jej stronę z bronią, po czym kolejny raz strzeliła i... spudłowała. Maggie wbiegła do środka, wtapiając się w tłum. Muzyka była okrutnie głośna i wątpiła, by ktokolwiek z obecnych ludzi usłyszał strzały. Ujrzała ich obojga rozglądających się między ludźmi. Maggie wybiegła z klubu i kolejny raz musiała poradzić sobie przez tłum. Ludzie patrzyli na nią jak na wariatkę, gdy upadła, a spod kurtki wypadł jej pistolet. Teraz to było igranie z ogniem. Blondynka przekroczyła linię. Spoconą dłonią wyciągnęła kluczyki od samochodu, słysząc za siebie kolejne strzały z broni. Ludzie przerażeni odsunęli się i z krzykiem uciekli od dwojga ludzi. Dziewczyna głośno oddychała, próbując odnaleźć Astona. Kiedy go znalazła, podbiegła w jego stronę. Zauważyła za sobą towarzysza Seleny, następnie otworzyła samochód. Zamknęła drzwi i z piskiem opon odjechała. Ryk jaki wydobył samochód był tak przyjemny, że aż się ucieszyła.
Niestety to nie był koniec kłopotów. Usłyszała ponownie strzały. Spojrzała w lusterko, widząc vana, który jechał za nią. Usłyszała kolejny raz wibracje w telefonie. Pierwszy raz od dłuższego czasu ucieszyła się, że był to Justin. Schyliła raptownie głowę, a tylna szyba została zbita.
– J-justin? – powiedziała drżącym głosem. Wjechała w kubły na śmieci, jednak nie próżnowała. Najgorzej było z ludźmi.
– Maggie, gdzie się podziewasz?! – usłyszała złość w jego głosie. – Jeżeli się spotkałaś z Seleną była to chyba najgorsza rzecz jaką mogłaś zrobić!
– I faktycznie tak jest – westchnęła nerwowo, gdy wjechała na autostradę.
– Co się dzieje?
– Jadę do domu, a za naprawę samochodu zapłacę, kochanie. Kocham Cię i do zobaczenia.
– Maggie, co...
Nie zdążył wypowiedzieć się, gdy rzuciła słuchawkę i telefon na siedzenie obok. Coraz to słyszała trąbienie wywoływanych przez inne auta, lecz nie martwiła się o to. Van ciągle ją ścigał. Jej serce bębniło tak mocno, tak szybko, jakby zaraz miała dostać zawał. Adrenalina, która w nią wstąpiła stała się tak niebezpieczna, że zaraz mogłaby spowodować wypadek.
Z siłą nacisnęła na pedał gazu, aż samochód ruszył szybciej i dopiero teraz poczuła z tyłu głowy zapach krwi. Usłyszała ryk motorów za sobą, które po chwili były po między nią. Mieli w dłoniach łańcuchy, które opatulili wokół przedramienia. Skręciła ostro w lewo, chcąc wpaść na jednego z nich. Poślizgnął się, a potem ujrzała motor w ogniu. Dym stał się tak gęsty, że nawet oślepiło vana. Jednak usłyszała roztrzaskującą się szybę. Grube szkło wbiło się w jej ramię, aż się za nie złapała. Wyciągnęła go z kieszeni, czując klejącą się krew na palcach. W jej oczach zrobiła się karuzela dzięki adrenalinie, która była niż do tej pory najsilniejszym zastrzykiem. Wjechała w prawo, po czym motor wypadł, a na koniec tego wszystkiego usłyszała jego krzyk. Jednak szkło nie miała tylko wbite w ramię. Wbiło się również głęboko w żebro, jakby ktoś ją dźgnął nożem. Przed jej oczyma migały różne światła. Puściła momentalnie kierownicę, a Aston wydobył pisk i obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. Puściła pedał gazu, aż jej głowa opadła na ramię.

Ujrzałam dom w ogniu. W głowie wydobył się pisk dziecka i innych członków rodziny. Cała wioska płonęła żarzącym się ogniem, który był tak gęsty, że nieba ciężko było dostrzec. Stałam w miejscu, gdy ludzie mijali mnie jak ducha. Wtedy ujrzałam dziecko.
Miało dłonie i twarz rozmazane krwią. Odwróciło się w moją stronę, a ja ujrzałam w jego oczach ten płonącą wioskę. W nich ujrzałam diabła.

– Proszę pani? – usłyszała po chwili. Oczy miała tak ciężkie, że z trudnością je otworzyła. Zauważyła, gdy jakiś mężczyzna świecił latarką w jej oczy co sprawiło, że ręką zasłoniła twarz. – Cole, kobieta żyje, dzwoń po karetkę.
– Przyjąłem.
Po chwili wyłączył latarkę i pomógł jej wysiąść z samochodu. Było naprawdę ciężko, iż w ramieniu poczuła mocny, paraliżujący ból. O żebrze nic lepiej nie mówić. Odepchnęła ręce mężczyzny, otwierając drzwi od samochodu. Wypadła z niego na ziemię, lecz zaraz pomógł jej wstać.
– Wszystko w porządku, proszę pani? – zapytał zaniepokojonym głosem. Popatrzyła na niego, zauważając, że jest policjantem. Tylko przymrużyła oczy i kiwnęła głową. Zachwiała się. – Lepiej jeżeli zadzwonię po kogoś z rodziny. Pani nazwisko?
– Bieber, ale proszę nie dzwonić po męża, jest wszystko w porządku – mruknęła. – Gdzie jest moja córka? Emily? Selena, ona...
Ponownie się zachwiała, jednak na szczęście usłyszeli ambulans, który jechał w ich stronę. Poczuła na czole dużą plamę krwi. Zacisnęła powieki i zęby.
– Już wszystko w porządku. Spokojnie, zaraz pojedzie pani do szpitala i złoży zeznania.
– Żadnych pierdolonych zeznań, chcę tylko wrócić do domu – próbowała się wyrwać, ale zdało się to na nic.
– I wróci.
Maggie została przekazana w ręce ratowników, którzy pomogli jej wsiąść do pojazdu. Dopiero teraz przypomniała sobie o samochodzie, ale było za późno. Już jechali w stronę szpitala. W ręku trzymała na szczęście telefon przez ten cały czas. Ratownik usiadł naprzeciw niej i uniósł jej podbródek i popatrzył na jej twarz.
– Miała pani niezłe szczęście. Wie pani, że nie wolno jeździć samochodem po alkoholu, prawda? – jego głos wydawał się być przyjazny, jednak Maggie była do wszystkiego sceptycznie nastawiona.
– Nie byłam pijana – warknęła, gdy oczyszczał jej plamę krwi na czole. Zacisnęła usta, by nie puścić pary z ust. Nie bez powodu, wolałaby nie mówić o zdarzeniach. Vana nie widziała na autostradzie. Selena uciekła.
– Każdy tak mówi – powiedział cicho ratownik, unosząc jeszcze bardziej jej głowę. – Niech pani ściągnie kurtkę i bluzkę, jeśli można.
– Chce żebym panu zrobiła striptiz? – prychnęła z lekkim rozbawieniem. Odchrząknął tylko. Po chwili zsunęła z siebie kurtkę, a broń była schowana za jej plecami. Wyciągnęła ją, a mężczyzna się lekko zaniepokoił. – Spokojnie, nie ma naboi.
– Nie mnie pani będzie się tłumaczyć – powiedział. Na jej twarzy pojawił się lekki grymas. Złapała za końce bluzki i pociągnęła do góry. Mężczyzna był już zauroczony jej urodą i odwrócił onieśmielony głowę, lecz tylko po to, by wziąć wodę utlenioną i bandaż.
Zaśmiała się, gdy przypomniała sobie o Justinie.
– Śmieszę panią?
– Nie. To tylko mój mąż – westchnęła. – Chciałabym zobaczyć jego minę jak reaguje, gdy pan widzi mnie w staniku i dotyka.
– Tylko wykonuję swoją pracę – odchrząknął.
– Dla pana; tak, dla niego; nie – zaśmiała się. – Jest zazdrosny nawet o mojego przyjaciela.
– Znam panią doskonale i wiem dokładnie kim jest pani mąż – odparł. – Ale nie boję się go. Najważniejsze, że panią kocha i okazuje, że należy pani do niego.
Syknęła z bólu, gdy woda utleniona zrobiła się w pianę, która zaczęła piec świeżą ranę. Ratownik przycisnął bandaż do rany i plastrem skleił kawałek skóry. Przysunął się bliżej, by opatrzyć jej ramię. Zrobił tak samo jak z żebrem, które i tak było gorsze, iż rana była głębsza niż ta.
– Dobrze, że szkło nie wbiło się na tyle głęboko, by mogła pani je wyjąć. Jeszcze uszkodziłby pani żebro – oznajmił z ulgą w głosie. Spojrzała na telefon, widząc, że tym razem dzwoni Jessica. Sięgnęła po telefon i odebrała.
– Sądziłam, że śpisz – zaśmiała się, zaraz potem sykając z bólu, jaki okazała jej woda utleniona i bandaż.
– Boże Święty, co się z tobą dzieje? Justin się upił, bo martwi się o Ciebie – pisnęła z oburzeniem. Maggie przeczesała włosy do tyłu.
– Gdzie jest teraz? – westchnęła ignorując jej ton.
– Śpi na kanapie i mamrocze twoje imię – szepnęła. W tle słychać było tryskającą wodę, podejrzewała, że z kranu. – A ty gdzie się włóczysz o pierwszej w nocy?
– Rano będę w domu. Teraz nie mogę rozmawiać – mruknęła i rozłączyła się. Spojrzała na ratownika, który rozkazał jej się ubrać. – Mogłabym mieć do pana prośbę?
– Oczywiście – uśmiechnął się.
– Proszę powiedzieć swoim kolegom z policji, że samochód marki Aston Martin DBS to samochód mojego męża i prosiłabym, aby został przeniesiony do naprawy. Są tam jeszcze rzeczy materialne.
Ratownik skinął głową. Momentalnie ambulans stanął, a ona skończyła szybko nakładać rzeczy i schowała pistolet za plecy.


„Bycie martwym nie oznacza, że jest się nieprzydatnym.” – James Bond: Casino Royale


Dacza* - to jest rodzaj domu letniskowego
Walther P99** - broń. Znam ją, bo jak czytam i oglądam Jamesa Bonda to mnie i tatę takie rzeczy interesują. Poszukaj sobie jak wygląda w Google.
Margarita*** - to będzie często używane teraz. Selena tak mówi na Maggie. Było to również przezwisko Maggie w Polsce i w szkole, którego nie lubi.

sobota, 5 października 2013

Rozdział 2

Zepsuta rocznica

„Słodycz ze słodyczą nie walczy, radość cieszy się radością.” – Sonety

Noc była ciemna. Ciemniejsza niż noc, w której pierwszy raz jechali do miejsca gdzie spędzili swoją pierwszą noc. Noc była cicha, jakby świat w ogóle nie istniał.
Nawet nie pisnęli podczas drogi do wakacyjnego domku. Justin skupiał się na drodze, lecz był trochę zmartwiony zachowaniem swojej cichej żony, która zaglądała tylko przez okno, wpatrując się w niebo. Czuła w sobie kryjący się niepokój o własne życie jak i swojej rodziny. To ją najbardziej dobijało. Jednak wiedziała, że tym niszczy sobie rocznicę. Myśl, że gdzieś w cieniu kryje się jej ojciec i czeka na odpowiedni krok, by zadać ból sprawiała, że uciekłaby z bliskimi w miejsce gdzie nikt ich nie znajdzie. Rzeczywistość była inna.
Bieber niespodziewanie zatrzymał samochód, wciąż patrząc na ukochaną. Ona spuściła głowę oraz wzrok. Czuła, że patrzy się na nią. Chwycił ją za podbródek, by mogła spojrzeć na niego szczerze. Nie chciał by ten wieczór skończył się na pierwszej kłótni. W dniu ich rocznicy. Połknęła głośno ślinę i niechętnie spojrzała w jego oczy. Ujrzała w nich tylko odbicie księżyca – nic więcej. Bez słów musnął jej malinowe usta, które smakowały miętą. Odsunął twarz, schylił ją i złapał dłoń blondynki, widząc na palcu serdecznym pierścionek ślubny koloru miedzianozłotego. Uśmiechnął się lekko i ponownie na nią spojrzał, całując w rękę.
– Chodźmy się przespać. Jest grubo po trzeciej w nocy – powiedział cicho, całując ponownie jej usta. Bardziej namiętnie. Odwzajemniła pocałunek, po czym wyszła z samochodu bez słowa. Tylko głośno westchnęła.
Była zmęczona to fakt, ale nie mogła spać, gdy nie wie co u jej córki. Justin zaparkował od razu samochód, a blondynka odgarnęła swoje złociste włosy do tyłu, po czym wybrała numer do Jessiki. Chciała tylko wiedzieć, a ciekawość i zmartwienie ją zabijała.
– Meg, to ty? Już dojechaliście? – usłyszała głos swojej przyjaciółki, która nie ukrywała lekkiego zaskoczenia.
– Tak, Justin pojechał zaparkować auto – mruknęła. – Gdzie jest Emily? Jak się czuje?
– Och, Emily, ona czuje się świetnie. Spędziłyśmy wspaniały wieczór, teraz śpi, a coś się stało? – zapytała przyjaciółka. Maggie westchnęła z chwili ulgi.
– Nie, po prostu chcę wiedzieć czy wszystko w porządku – uśmiechnęła się lekko. Ujrzała Justina w drzwiach, który miał walizki w rękach. Przeszedł, nie patrząc na żonę i wszedł do sypialni. Maggie ugryzła się w wewnętrzną część policzka.
– Rozumiem. A u was wszystko w porządku?
– W jak najlepszym – westchnęła nerwowo, ciągle przypominając sobie tekst z listu, który dostała od Gabrieli. Zagryzła wargę, a po paru chwilach rozłączyły się.
Schowała telefon do torebki, następnie wchodząc do sypialni. Nic się przez ten czas nie zmieniło. Było czysto, spokojnie, pięknie i romantycznie. Ujrzała Justina, który odpinał klamrę od skórzanego paska. W środku zrobiło jej się gorąco, widząc go w rozpiętej koszuli. Miała ochotę dotknąć kawałek jego skóry i ściągnąć wszystkie ubrania z jego ciała. Zsunął z siebie spodnie, a ona swoje włosy położyła na lewym ramieniu i powędrowała do łazienki. Nie zapomniała o kosmetyczce i walizce.
Ściągnęła z siebie sukienkę, nałożyła białą koszulkę Justina, która była na nią dwa razy za duża. Rozczesała włosy i wróciła do sypialni. Justin siedział w białych bokserkach z telefonem w ręku i najwidoczniej czekał na swoją ukochaną. Odchrząknęła, a szatyn raptownie spojrzał w jej stronę, odkładając na stolik nocny iPhone’a.
– Dlaczego jeszcze nie śpisz? – zapytała cicho, podchodząc w stronę łóżka. Musnęła jego wargi, kładąc głowę na poduszce, a on zilustrował każdy skrawek jej ciała.
Rozbierał ją wzrokiem. Zagryzał wargi i pochylił się nad nią, kładąc kolano między jej nogi. Pocałował ją czule, lecz pocałunek przerodził się w gorący i długi całus. Zszedł ustami na jej szyję i położył dłoń pod jej koszulką na talii, palcami masował jej skórę, czując jak bardzo teraz potrzebuje jej nagiej. Maggie cicho jęknęła, ale czuła potrzebę snu. – Kochanie, nie teraz.
– Już tak dawno się nie kochaliśmy. Ostatni raz na Sylwestra. Muszę się zaspokoić... – mruknął do jej ucha, całując go potem.
– Jestem śpiąca, a ty też zapewne jesteś zmęczony. Proszę, nie utrudniaj mi tego – szepnęła. Położyła rękę na jego torsie, chcąc go od siebie odepchnąć. Wisiał na jej ciałem i kosztował jej skóry na szyi. Zassał ją mocno, aż skóra zrobiła się purpurowa. – Justin, cholera!
Usiadła gwałtownie i przyłożyła dłoń na malince. Uśmiechnął się triumfalnie.
– Jesteś niemożliwy – warknęła. Zaśmiał się głośno, kręcąc głową. Wywróciła teatralnie oczami, czując lekkie piekące uczucie. Syknęła cicho, lecz nie było to takie złe. Pierwszy raz miała na szyi malinkę. Justin nie umiał pohamować śmiechu, po czym został niespodziewanie mocno uderzony w ramię.
– Hej – momentalnie z jego twarzy znikło rozbawienie – to nie było fajne.
– A robienie mi malinki na szyi to niby jest fajne – przybliżyła się do niego, czując ciepło bijące od jego ciała. Chciała go dotykać, ale zmęczenie jej na to nie pozwalało. Pocałowała go w usta, liżąc przy tym wargi. Odsunęła twarz i rzuciła na bok włosy, które raptownie odleciały na jej ramię. – Obiecuję Ci seks w najbliższym czasie. I może będziemy się godzinami kochać, ale dzisiaj chcę po prostu spać. Jestem naprawdę śpiąca.
Justin westchnął, a jego ramiona opadły.
– A tak liczyłem na tę noc. Nawet po podróży mam ochotę Cię pieprzyć. To takie... podniecające – zaśmiał się pod nosem, kładąc obok niej. Odwróciła się w jego stronę i dotknęła jego policzka. Przysunęła się bliżej, móc wtulić głowę w jego zagięcie szyi. Przerzuciła przez jego biodra swoją nogę i splotła między jego nogami.
– Mamy mnóstwo czasu, Justin – szepnęła. – Będziemy się kochać, dopóki nas śmierć nas nie rozłączy.
– A nawet dłużej – zaśmiał się, a Maggie mu wtórowała. – Spójrz na mnie, kochanie.
Maggie oblizała wargi i uniosła na niego swój wzrok. Jednak po chwili uciekła przed ich spojrzeniem, patrząc na ocean, który był widoczny z plaży. Złapał jej podbródek i przybliżył twarz do jej twarzy.
– Nie patrzysz na mnie... patrz na mnie – mruknął, oblizując wargi. Jej wzrok powędrował na jego usta, następnie na oczy. – Martwisz się o Emily?
Niechętnie kiwnęła głową. – Ona jest w dobrych rękach, skarbie. Nie martw się. Za rok pojedzie z nami, obiecuję.
– Pamiętasz kopertę, którą dostałam od babci Gabrieli? – Justin pokiwał głową. – Otworzyłam go. Treść, która była w nim wypisana zaczęła mnie dogłębnie martwić.
– Co tam było?
Maggie zamiast odpowiedzieć, powędrowała ku swojej torebce, gdzie znajdowała się książka, a w książce – list. Justin ponownie usiadł i obserwował każdy jej ruch. Usiadła na łóżku i podała mu kawałek papieru. Czytając go, zrobiło mu się dziwnie zimno. Przeszedł go dreszcz.
– Ale twój ojciec ma na nazwisko Blue – powiedział po chwili.
– Wiem, ale to wydaje się dziwne. Mój ojciec też studiował magisterkę w 1986 roku, ma na drugie imię Richardo, i ta katastrofa pod Petersburgiem... data jest dziwna. To stało się kilka lat po narodzinach Jamesa. Sądziłam, że znajdę coś zupełnie innego, ale... – pokręciła głową – to przerosło moje wszelkie oczekiwania.
Nagle przypomniała sobie wizję, którą miała w dniu jej wypadku na schodach. To dlatego zemdlała. Widziała ciało dziecka, dryfujące po tafli wody, dom w ogniu...
– To znaczy, że twój ojciec miał trudne dzieciństwo... – zaśmiał się cicho, położywszy na stolik list. Maggie chciałaby się pośmiać, jednak nie widziała w tym ani nutki śmiechu. Spuściła wzrok, lecz po chwili Justin chwycił jej rękę. Popatrzyli sobie w oczy. Lekko się w jej stronę uśmiechnął. – Kochanie... – pogłaskał ją po włosach i ucałował w czoło. – Nie martw się. Możliwe, że tak kiedyś było, ale twój ojciec nie może tak po prostu przyjść i wszystkich pozabijać.
– On czeka, aż w końcu Cię dopadnie, Jus. Dlatego się boję. Dlatego boję się o Emily, że może jej się coś stać. On zrobi wszystko, żeby nas poróżnić, albo zranić. – Głos Maggie łamał się, gdy to mówiła. Justina powoli przerastało zmartwienie żony i lekko irytowało.
– Powiedziałem Ci, że Emily jest w dobrych rękach. Marry i Jessica nie są tak głupie, by ot tak oddać mu naszą księżniczkę. Nie niszcz tego co piękne. Przez cały tydzień nie chcę słuchać o twoim ojcu i nie chcę widzieć smutku na twojej prześlicznej twarzy. Mamy spędzić ten czas razem. Potem wracamy i obiecuję, że ujrzysz ją, całą i zdrową, zgoda?
Maggie westchnęła, kiwając głową. Została gwałtownie złapana za uda, a szatyn rzucił ją na łóżko. Pisnęła, śmiejąc się wraz z nim. W końcu kąciki jej ust poszły w górę, przez co Justin miał nadzieję, że temat jej ojca został zakończony raz na zawsze. Rozerwał z niej koszulkę, widząc jej nagie piersi. Oblizał wargi, po czym spojrzał na nią. Zasłoniła je, a jej usta oraz policzki stały się czerwone.
– Nie, Justin – szepnęła. Odepchnął jej ręce i sam złapał w obie dłonie. Jęknęła głośno, zaciskając powieki. Ścisnął je i robił na nich okrężne ruchy.
– Och tak, kochanie – mruknął przy jej ustach, uśmiechając się. Zagryzł wargę i mocniej je ścisnął. Wygięła plecy w łuk i rozchyliła usta. Przyssał usta do jej szyi i niespodziewanym dla niej ruchem, zsunął szybko bokserki i rzucił za siebie. Pierwsza myśl jaka mu przeszła wokół głowy to ta, w której od razu przechodzi do sedna sprawy.
Jednak chciał spróbować czegoś nowego. Ryknął, ssąc jej sutka i z przyjemnością słuchał jej głośnych jęków. Nagle między nimi zrobiło się gorąco, powyżej czterdziestu stopni. Złapała jego włosy i objęła nogami. Czując jego wargi na swoim ciele, doprowadzał ją do szaleństwa, którego nie czuła siedem miesięcy. Zatęskniła za tym uczuciem pożądania.
– Jezus, jak mi tego brakowało – powiedziała przez zaciśnięte zęby, gdy szatyn schodził coraz niżej jej ciała. Uśmiechnął się, widząc gumkę od jej majtek. Zsunął je powoli. Patrzył jak jego ukochana drży z przyjemności, którą ją obdarowuje. Rzucił za siebie, nadal ją obserwując.
Na ciele dziewczyny pojawiła się gęsia skórka, a on patrząc na jej kobiecość, coraz bardziej przekonywał się do swojego pomysłu. Popatrzył na nią. Jej ciało wiło się z przyjemności. Rozłożył jej uda bardziej i w końcu zanurzył twarz w jej czułym miejscu.
– Och, kochanie! – krzyknęła.
Złapała w garść włosy Bieber’a, który sam z przyjemnością kosztował jej podniecenia. Coraz głębiej jego język penetrował wnętrze swojej żony. Spodobało im się to, jak nigdy dotąd. Przycisnęła jego głowę między jej nogami, a to sprawiło, że miał pewne trudności z oddychaniem. Kiedy Maggie poczuła, że źle zrobiła – rozluźniła uścisk. Robił wszystko, by poczuła się dobrze i zapomniała o irytujących go zmartwieniach. Chciał dobrze, ale nie miał ochoty słyszeć na temat kogokolwiek poza nich. Rozszerzył szeroko uda dziewczyny i przymknął oczy. Rozkoszował się chwilą, gdy jej smak i jęki sprawiały, że był w siódmym niebie.
Przez nią przechodziła co sekundę fala gorąca i przyjemności. Co chwilę z jej ust wydobywały się jęki, stęknięcia i ciche wymawianie imienia Justina. W jednej chwili sprawił, że zapomniała o wszystkim, tylko skoncentrowała się nad tym co czuje teraz. Skoncentrowała się na nim.
– Och, Justin, ja zaraz... – wysapała, ciągnąc go za końcówki włosów. Uniosła ku jego twarzy biodra i jęknęła głośno. Wygięła plecy w łuk.
Podniósł się i przeczołgał od razu na nią. Widząc jej zamknięte oczy z zagryzionymi wargami mógł stwierdzić, że wciąż przechodzi orgazm. Uśmiechnął się i pochylił ku jej twarzy. Po chwili odsapnęła, otworzywszy oczy. Wyglądała tak samo jak wtedy, gdy po raz pierwszy widział ją pod sobą nago. Musnął jej wargi kilka razy, aż przerodził się on w czuły, zarazem dziki pocałunek. Mruknęła mu w usta jako oznaka wdzięczności, zarazem przyjemności jaką jej dawał. Przeszedł na szyję z lekkim uśmiechem, a blondynka wplotła palce w jego włosy.
– Mówiłam Ci już jak bardzo Cię kocham? – mruknęła, gdy poczuła jak ustawia się między jej nogami. Uniósł je odrobinę i położył na swoje biodra. Wsunął się w nią odrobinę, na co zareagowała krzykiem i zacisnęła paznokcie na jego ramionach tak mocno, aż syknął z bólu.
– Z chęcią bym Cię związał – warknął cicho i zaczął się w niej rytmicznie poruszać, sapiąc cicho wraz z nią. – Kurwa, jak ja tego dawno nie czułem.
– Nie robiłeś... och! – krzyknęła, gdy jego pchnięcia robiły się coraz mocniejsze. – ...to znaczy miałam na myśli...
– Tylko z tobą ta przyjemność, kochanie – mruknąwszy, przyspieszył swój rytm, który zapisał sobie w głowie. Za każdym razem liczył, kiedy w nią mocno uderzał. Przycisnęła go do siebie i starała dopasować biodra do jego bioder. Opisać to w jakim stopniu coraz bardziej się pragnęli był  Uczucie jakie im towarzyszyło teraz mogłoby się wydawać o niebo lepsze niż sprzed roku. Odchyliła głowę do tyłu, a Bieber głośno sapnął z przyjemności i robił coraz szybciej i mocniej.
– Jezus, Justin... – jęknęła – szybciej, kochanie.
– Zawsze chciałaś mocniej. – Justin uśmiechnął się zawadiacko i uderzył w nią mocno, po czym przyspieszył. W podbrzuszu czuła pląsający w kółko kłębek nerwów, a w brzuchu motylki.  – Coś dużo się pozmieniało kiedy mnie nie było.
Znów uderzył w nią z większą siłą. Coraz bardziej nie mógł powstrzymywać się od tego, by zacząć wbijać się w nią tak jak on pragnie. Jedyną przeszkodą była ona.
Niespodziewanie został pchnięty na drugą stronę łóżka, a ona położyła się na nim z rozwartymi nogami i splecionymi wokół jego ud. Był zaskoczony jej postawą, ale najwidoczniej mile. Krew w ich żyłach zagęściła się nieskazitelnie mocno, serce przyśpieszyło biciu i poczuli w sobie duży zastrzyk adrenaliny. Sunęła po jego kroczu, aż po same podbrzusze, czując, że chce więcej. Uderzał swoim penisem o jej punkt g, co spowodowało jej głośny, przyjemny dla niego jęk rozkoszy. Jej złociste włosy naleciały na jej twarz przez co nie dostrzegał jej twarzy, na którą chciał patrzeć. Odgarnęli je oboje, a ona rzuciła nimi w bok na lewe ramię. Uniosła lekko biodra, po czym ponownie opadły. Nadał jej rytm, którym sam się kierował. Złapał jej piersi w dłonie i zaczął delikatnie masować.
– Szybciej, kochanie... – wyszeptał szatyn.
Przyspieszyła, gdy przez jej ciało znów przeszła fala gorąca, razem z przyjemnym dreszczem. Piersi falowały przed jego oczami, więc nie mógł oprzeć się pokusie patrzeć na nie. Coraz szybciej i z większą siłą unosiła się i opadała. Jęczeli z niewysłowionej przyjemności, a wszelkie myśli poszły w siną dal.
Jej ścianki zaczęły zaciskać się wokół Justina. Jęknęła głośno.
– Obejmij nogi wokół moich bioder, skarbie – szepnął szatyn. Zrobiła jak kazał, a on uniósł ją i klęknął. Jęknęła ponownie, muskając jego wargi. Byli coraz bliżej. Justin przejął znów dowództwo, a jej żołądek zrobił fikołka. – Teraz przeżywaj...
Objął ją mocno. Szybko, stanowczo i dokładnie pchnął biodra w jej stronę, sapiąc, gdy nadużywał swojego wysiłku. Coraz szczelniej ją ścisnął, aż między nimi nie było żadnej przestrzeni.
– Jesteś za dobry, Justin. Och, za dobry... – wyjęczała przed jego ustami. Trąciła swoim noskiem jego nos. Gwałtownie wbiła w jego ramiona paznokcie, gdy po raz kolejny uderzył w jej punkt g. – Justin, nie przestawaj.
Uczucie jakie zbliżało się było tak przyjemne zarazem męczące, że opadli na łóżko, wijąc się po niecałych dwóch minutach w swoich objęciach w czasie orgazmu.
– Kurwa, Meg – warknął w jej szyję, ugryzłszy ją tam.
Przez dłuższy czas tak leżeli, głośno i głęboko oddychając. Ich oddech zagłuszał nawet szum oceanu zza tarasu. Uśmiechnęli się tylko, pocałowali na dobranoc, zgasili światło i zmęczeni poszli spać. Szybko zasnęli po tak wyczerpującym dniu.

Poranek był piękny. Promienie słońca już o czwartej rano zawitały w sypialni ich obojga. Byli przytuleni do siebie, a na podłodze leżała ich bielizna. Przy ścianie obok kanapy stały walizki jeszcze nie rozpakowane. Na dworze atmosfera i temperatura była bardzo przyjemna, aż szkoda było zmarnować taki dzień.
Justin otworzył oczy, przypomniawszy sobie o jachcie brata swojego menadżera. Miał być to prezent  z okazji ich rocznicy i gdzie mieli spędzić dzień. Spojrzał na swoją klatkę piersiową, widząc blondynkę spokojnie oddychającą i lekko uśmiechniętą. Uśmiechnął się. Odgarnął z jej czoła kosmyk złocistego włosa i pochyliwszy się ku jej twarzy, ucałował w czubek głowy. Mruknęła pod nosem i położyła się na nim okrakiem, wciąż mając zamknięte oczy. Spojrzał na jej nagie ciało. Zagryzł wargi, iż ten widok był dla niego zbyt wielkim wyzwaniem. Widok jej ciała był zbyt wielką pokusą, ale z trudem wygrał z pożądaniem. Położyła głowę na jego torsie, całując w klatkę piersiową. Wsłuchiwali się potem w szum oceanu, dźwięk, który wydobywały mewy i trzeszczenie drzew, krzewów i palm.
Justin chciał wstać i pojechać do portu, gdzie znajdował się jacht. Chciał go obejrzeć i przygotować. Rozmyślając o nim, niespodziewanie rozległ się dźwięk dzwonka od telefonu Justina, więc Maggie niechętnie zeszła z niego. Wokół jej ciała, kołdra była owinięta w tortillę. Od razu wyszedł z sypialni, biorąc ze sobą telefon. Dziewczyna otworzyła oczy i rozglądnęła się dokoła pokoju. Podparła się na łokciach i odchyliła głowę, przypominając sobie noc. Było jej nieskazitelnie dobrze. Zapomniała jakie to cudowne uczucie. Przy Justinie zawsze będzie czuła się podniecona i szczęśliwa zarazem. Zauważyła na stoliku nocnym list. Sięgnęła po niego, wiedząc, że musi się dobrze zastanowić. To co przeczytała martwiło ją, lecz zapewnienia ukochanego musiała też wziąć pod uwagę. Nie mogła tego tak zostawić, będąc uparta i stawiać na swoim.
Nagle drzwi się otworzyły, a w nich stał nagi Justin z uśmiechem na ustach. Obserwowała jak poruszał się. Gdy stanął tyłem do niej, z chęcią patrzyła na jego dołeczki, na kości ogonowej oraz idealne pośladki. Uśmiechnęła się i zagryzła wargę. Odchrząknęła, gdy już miał zamiar wejść do łazienki. Odwrócił głowę, zauważywszy, że patrzy na niego spode łba, uśmiechając się szelmowsko.
– Gdzie kochanie się wybierasz? – zapytała, zsunąwszy ze swojego ciała kołdrę, po czym musnęła jego usta.
– Szykuję się – posłał jej tajemniczy uśmiech. Zmarszczyła czoło.
– Na co? Myślałam, że spędzisz ze mną ten czas – syknęła cicho, robiąc się na twarzy cała czerwona ze złości. Zaśmiał się pod nosem i ucałował jej czoło.
– To coś dla Ciebie. Radziłbym byś teraz ze swoim małym tyłkiem wzięła rzeczy, wzięła prysznic i pojechała ze mną na niespodziankę – mruknął. Złapała gwałtownie jego penisa i ścisnęła na tyle mocno, by móc usłyszeć z jego ust stłumiony jęk. Uśmiechnęła się do niego.
– Poczekaj na mnie w wannie.
– Liczyłem na taką odpowiedź – musnął jej policzek i zamknął drzwi od łazienki. Wzięła ze sobą bieliznę i białą zwiewną, asymetryczną sukienkę bez ramiączek. Na niej był pasek koloru nudle.
Szybko potruchtała do Justina, który w najlepsze siedział, czekając na nią. Miał odchyloną głowę do tyłu, a piana zakrywała jego najciekawszą część ciała. Zagryzła wargę, odłożyła rzeczy, następnie wchodząc bezszelestnie do wanny. W tej, której kiedy spędzali drugą noc, Justin chciał się z nią kochać. Wycałowała jego tors, aż przejechała ustami do wyrzeźbionej szczęki, z lekkim zarostem na brodzie, po czym do ust. Ugryzła go delikatnie w wargę. Uniósł głowę i brew, patrząc na nią.
Gwałtownie złapał ją za pośladki, a Maggie momentalnie usiadła na jego kolanach.
– Za długo musiałem czekać, panno Bieber – powiedział uwodzicielskim głosem.
– Proszę mi wybaczyć, panie Bieber, to się już więcej nie powtórzy – mruknęła, zagryzając wargi i wplatając palce w jego włosy.
– Czemu jak zawsze widzę Cię rano przy moim boku, gdy wyglądasz jak Anioł, mam ochotę Cię pieprzyć jak wariat? – syknął cicho, masując pod wodą, wewnętrzną stronę jej uda. Blondynka wywróciła oczami, czując się lekko onieśmielona.
– A tak poza tym, co to za niespodzianka, hm...? – mruknęła przy jego ustach. Teraz wiedzieli, że będą oboje się bronić oraz walczyć. Maggie będzie napastnikiem, a on ofiarą. – Powiesz mi, czy...?
Złapała za nasadę jego penisa i skierowała go ku swojego wnętrza. Ciężko jej było powstrzymywać jęki. Justin poczuł się jakby był między młotem a kowadłem. Zacisnął zęby i złapał ją w pasie.
– Skoro jest to niespodzianka, masz ją traktować jako niespodziankę – warknął cicho. Ścisnęła jeszcze mocniej jego penisa, aż powstrzymał krzyk przyjemności. Ścisnęła jego czubek kciukiem, jeżdżąc po jego nerwie. Stawał się coraz twardszy.
– Zerżniesz mnie, Jus jak powiesz gdzie zamierzasz mnie zabrać – powiedziała stanowczo, unosząc brew.
– Cholera jasna, kochanie. Nie zamierzam Cię teraz rżnąć. Dowiesz się na miejscu, a teraz puść go.
Zrobiła jak kazał jednak Justina penis był już ku górze. Zachichotała jak mała dziewczynka.
– Ups – wytknęła mu język i odsunęła się od niego. Zacisnął usta.
Oboje byli już gotowi do drogi, ale Maggie wciąż była nieugięta i nieustannie pytała o niespodziankę. Justin również był uparty. Nie puścił pary z ust, dzięki czemu na jego twarzy panował triumfalny uśmieszek, jednak na ustach Maggie błądziła nicość, jakby w ogóle ją już nic nie interesowało. Był to błąd. W czasie drogi, jedyną rzeczą jaką wykonywała było przelatywanie swoich długich nóg na drugą nogę i tak co chwilę. Poprawiała swój dekolt i odchylała głowę do tyłu, aby widok na jej szyję był wprost idealny dla jego oczu. I tak było. Co jakiś czas kątem oka patrzył na nią z wyraźną ochotą. Zagryzał potajemnie wargi, pilnując drogi. Maggie miała wpływ na niego i wykorzystywała to w prymitywny sposób. Otworzyła okno pod pretekstem, iż jej gorąco. Wiatr podwiał jej zwiewną sukienkę, ukazując udo dla niego. Zgrzytał zębami, mocno ściskał kierownicę, przyśpieszając. Znów zmieniła nogę i odchyliła głowę do tyłu, mrucząc jak kot. Ponownie zawiało, więc szatyn oblizał wargi i jednym przyciskiem zasunął szybę po stronie ukochanej. Wiatr odkrywał jej uda, co go bardzo rozpraszało. Maggie zmarszczyła czoło i spojrzała na niego.
– Zimno Ci? Jest trzydzieści dwa stopnie w słońcu.
Popatrzył na sekundę na nią chłodnym i surowym spojrzeniem, jakby zaraz miał ją zabić za nieposłuszeństwo.
– Rozpraszasz mnie swoim zachowaniem – mruknął cicho, a ona dała sobie piątkę w głowie. Spuściła wzrok na jego spodnie i zagryzła wargi, z malującym się zadowoleniem na twarzy.
Po chwili ujrzeli widok dużych will, które łączyły się z portem. Ludzie na ulicach robili korek, przez który niełatwo można było przejechać. Justin co chwila trąbił. Gdy w końcu większość drogi została dla nich otworem, szybko przejechali. Justin wydawał się teraz zirytowanym nauczycielem, a Maggie rozbrykanym bachorem.
– Mógłbyś mi w końcu powiedzieć, gdzie mnie zabierasz? – powiedziała cicho. Uśmiechnął się tajemniczo i pokręcił przecząco głową. Prychnęła pod nosem. – Sknera.
– Pięcioletni bachor.
– Dupek.
– Zrzędząca baba.
– Frajer.
– Obślizgła ropucha.
Warknęła na niego. Uśmiechnął się triumfalnie, a po chwili zatrzymał samochód. Spojrzeli na siebie. Mina dziewczyny była jak naburmuszony dzieciak z wydętymi ustami, a on patrzył na nią tajemniczo i bardzo pożądliwie. Między nimi panowała cisza, milczenie, a z zewnątrz słychać było głos ludzi w różny sposób mówienia. Jeden mówił po francusku, drugi po hiszpańsku, trzeci po rosyjsku, lub niemiecku. Bieber zarzucił ramię o skórzane siedzenie, na którym siedziała Maggie i patrzył na nią. Spojrzał na nią trochę spode łba. Śmiał się z jej dziecinnego zachowania. Złapał ją za podbródek i odwrócił w swoją stronę. Bez namysłu przybliżył twarz ku jej twarzy, oparł czoło o jej czoło i złożył na ustach słodki całus. Usłyszał z jej brzucha bardzo głośne burczenie.
– Och, zapomniałem, że nic nie jadłaś – odparł po chwili i wysiedli z samochodu. Od razu podszedł do nich ciemnoskóry mężczyzna i wziął bez słów kluczyki Justina. Objął ją wzdłuż talii jednym ramieniem, po czym poszli wzdłuż dużych jachtów. Dziewczyna zmarszczyła czoło i spojrzała na niego.
– Port? Jachty? – Szturchnęła go w żebro. – Ależ ty się bawisz na bogato.
– Pożyczyłem od brata Scootera jacht. Sądziłem, że fajnie spędzimy czas, delektując się widokiem na Wyspy Dziewicze oraz spokojem. Znowu coś schrzaniłem? – Justin wydawał się trochę zirytowany. Był zirytowany tym, iż jego największe starania i potrzeby jego żony zostają lekko rzucone w błoto.
– Nie, Justin – pokręciła głową. – Nie o to mi chodzi. Jest tutaj pięknie i naprawdę doceniam twoje starania.
– Ale? – uniósł brew, mówiąc mniej łagodnie.
– Co „ale”?
Stanęli po chwili na jasno drewnianą powierzchnię jachtu, koloru kakaowego. Wszystkie jego kąty i poręcze są albo metalowe, albo drewniane. W środku jacht wygląda jak z bajki. Luksusowy jak sybarytyzm. Brat menadżera Justina tak się bawił. Skórzane kanapy, koloru kremowo-białego, żyrandol z diamentów, stolik gdzie były postawione setki kieliszków, wino w wiaderku otoczone lodem i satynową popielatą serwetką. Ściany były pokryte odcieniem granatu, połączonego z jaskrawą czerwienią. Najwidoczniej znajdywali się w małym salonie, iż na ścianie był telewizor plazmowy i stolik.
Justin popchnął jedną ręką blondynkę na drewnianą framugę, aż w plecy kłuła ją niewygoda. Miał surową, zarazem zirytowaną minę.
– Myślisz o Jamesie, tak? – syknął cicho. Maggie przełknęła ślinę, w ogóle nie patrząc mu w oczy, co dało mu pewne stwierdzenie, że taka jest prawda to co powiedział. Westchnął, próbując niepotrzebnie uspokoić swoje nerwy, jednak ledwo mu to wychodziło. Nie chcieli oboje, by James stanął między nimi i zepsuł to co piękne. Jednak sama myśl o nim, była udręką.
– Po prostu się boję o Emily, nie rozumiesz tego? – powiedziała stanowczo, zakładając na piersi ręce. – A ty się o nią nie boisz? Ona ma siedem miesięcy.
– Skoro tak chorobliwie się o nią boisz, nie ufasz Marry i Jessice – odpowiedział Justin. Maggie zmarszczyła czoło.
– Dlaczego miałabym im nie ufać?
Niespodziewanie telefon Maggie zabrzęczał. Wyciągnęła go z torebki i widząc na wyświetlaczu imię jednej z przyjaciółek szybko odebrała. Justin obserwował każdy ruch swojej żony. Śledził jej wyrazy twarzy oraz samych reakcji ciała i uczuć.
– Marry, co się dzieje, że masz taki drżący głos? Co się stało? Czy wszystko okej?
– N-no, Maggie... no... nie wiem jak to się stało, ani kiedy, ale ja naprawdę nie wiem – powiedziała jakby zaraz miała się rozpłakać. Maggie serce podskoczyło do gardła.
– Czego nie wiesz? Co się dzieje? – zapytała niecierpliwie.
– Emily...
– Co mojej córce? Co się dzieje, do cholery! – warknęła głośno. Justin wzdrygnął się i dokładnie patrzył na dziewczynę, która ciężko uspokajała nerwy.
– Emily zniknęła.


„Wszystkie mity są prawdą.” – Miasto Kości